Menu

"Wolność można odzyskać, młodości nigdy" - Wspomnienia więźnia politycznego PRL Część druga

  • Autor 

wywiadwincpyka 4

 

 

 

 

 

 

Zapraszamy do przeczytania wywiadu - wspaniałej rozmowy Łukasza Twardowskiego z  Panem Wincentym Bogusławem Pyką, Prezesem jaworznickiego oddziału Związku Młodocianych Więźniów Politycznych  lat 1944-1956

Dziś zapraszamy do lektury części drugiej

Link do niej obok i pod częścią pierwszą.

 

 

Doskonale pamiętam moje pierwsze spotkanie z tym wyjątkowym człowiekiem. To był październik albo listopad 2013 roku. Siedziałem w skupieniu przy stoliku w małym hallu domu kultury, który niegdyś był częścią kompleksu budynków Jaworznickiego Więzienia dla Młodocianych Przestępców. To tutaj mieściło się centrum indoktrynacji osadzonych. Kino serwowało nastoletnim więźniom filmy propagandowe, lub ?perełki? produkcji radzieckiej, tzw. ?Wychowawcy? organizowali tu spotkania z wielkimi mężami PRL.  
  Czekałem z niecierpliwością. Za kilka chwil miałem się skonfrontować z człowiekiem, który właśnie w moim wieku siedział być może nawet dokładnie w tym samym miejscu, z tym, że bez perspektywy, którą ja teraz posiadam. Perspektywy opuszczenia tego budynku, powrotu do domu, zjedzenia porządnego posiłku.
  Czekałem zastanawiając się jak ja sam zachowałbym się na jego miejscu. Czy starczyłoby mi odwagi?
  Do stolika przy którym siedziałem podszedł wreszcie postawny, siwy, starszy człowiek. Wyciągnął w moją stronę swoją potężną dłoń.
- Cześć. Pyka jestem - rzucił krótko.
  Te słowa rozpoczęły naszą niezwykłą znajomość. Dziś, po ponad półtora roku od tego spotkania publikuję fragmenty jednej z naszych rozmów.

Redaktor


wywiadwincpyka 2Dlaczego należy znać historię?

Wincenty Bogusław Pyka
Znając historię znasz przeszłość swojego narodu, swoich przodków. Na tym później zasadza się przyszłość.

Red.
Chciałbym zapytać o wspomnienia z dzieciństwa. Jak Pan zapamiętał przedwojenne kresy? Jak wspomina Pan rodzinną Kołomyję?

W.B.Pyka
Jak miałem cztery lata to ojca przenieśli na Wileńszczyznę. I myśmy mieszkali na Wileńszczyźnie, najpierw w miejscowości o nazwie Ignalino a potem w Duksztach na łotewskiej granicy. Potem pod koniec 35 roku ojca przeniesiono do Torunia. W lipcu 1939 roku wyjechaliśmy na wakacje do Kołomyi. Do Torunia więcej nie wróciliśmy. W Kołomyi zastał nas wybuch wojny. Cały nasz dobytek przepadł w Toruniu. Pozostaliśmy tylko w letniej garderobie, bez środków do życia, na garnuszku rodziców matki.
Tam miałem kontakt ze starszymi ode mnie kolegami. W roku 1941 już zbieraliśmy broń. Pamiętam dobrze swoją pierwszą broń. To był automatyczny karabinek małokalibrowy produkcji belgijskiej. Pamiątka po pewnym politruku Armii Czerwonej.
Niemcy wysiedlili nas z domu. I w naszym domu zamieszkał folksdojcz o bardzo niemieckim nazwisku. Mianowicie nazywał się Stadniczenko. Bardzo niemieckie nazwisko. (Śmiech.)

I on był zarządcą majątku w getcie. I do niego przyszli moi starsi koledzy - członkowie znienawidzonej później przez ustrój socjalistyczny organizacji Miecz i Pług. Przyszli pod pretekstem załatwiania spraw handlowych. Jeden z chłopaków przebrał się nawet za kobietę i ten Stadniczenko go w rękę całował. Zabrali mu mundur SA i broń, zabrali zrabowane w getcie pieniądze i złoto.
A po przekątnej z naszą posesją mieszkał przewodniczący gminy niemieckiej. Też miał typowo niemieckie nazwisko. Mackiewicz się nazywał. No i tam na tego Stadniczenkę potem pyskował "Jak to? To ty miałeś w domu broń i się dałeś? Jakby do mnie przyszli to ja bym strzelał." No i przyszli do niego też, a jakże? Kominiarz przyszedł w samo południe. Chłopak przebrany za kominiarza. Chociaż on tam furtkę zamykał i psa miał. Ale miał też za to porządną broń i chodziło im o zdobycie tej broni. No i oni tam weszli do niego, on nie zdawał sobie i sprawy co jest grane, chciał sięgnąć po pistolet, który miał w tylnej kieszeni i dostał w  brzuch.

Red.
Jedno wspomnienie związane z rodziną?

W.B.Pyka
(Chwila zastanowienia.)
Dziadek był nauczycielem, uczył historii w gimnazjum. Zbudował dwa domy i na stare lata musiał to wszystko zostawić i wyjechać. No i jak żeśmy wychodzili z domu to ukląkł na ziemi, pomodlił się, ucałował próg i poszedł.
A potem w Polsce mieszkał w Katowicach przy ulicy Warszawskiej na drugim piętrze, pokoik miał jak połowę tego. I widok z okna na dach, za tym dachem tam kawałek dalej była ściana a na dachu dymiący komin. No i to jest wspomnienie rodzinne. Chciał Pan to ma.

wywiadwincpyka 1Red.
Co skłoniło Pana do spisania swoich wspomnień?

W.B.Pyka.
W 1991 roku z ramienia związku więźniów politycznych jeździłem po śląskich więzieniach, zbierając różne atrybuty więzienne na wystawę organizowaną w muzeum w Sosnowcu. I w Mysłowicach w rozmowie z naczelnikiem więzienia w stopniu półkownika dowiedziałem się, że on, wyższy oficer służby więziennej, nic nie wiedział o istnieniu Więzienia Progresywnego w Jaworznie. To było nawet przed takimi lud mi zatajane! Jak mu zacząłem mówić, że tu było ogrodzenie pod napięciem, druty pohitlerowskie za  którymi więziono młodzież to były dla niego niesamowite wiadomo ci. I pod wpływem właśnie tej rozmowy napisałem swój list do Salomona Morela - byłego naczelnika więzienia dla młodocianych w Jaworznie.

Red. List otwarty który ukazał się na łaniach Dziennika Zachodniego?

W.B.Pyka
Tak, Dziennik Zachodni to publikował. Proszę chwilkę zaczekać. Przyniosę ten list.

(Pan Wincenty wychodzi z pokoju. Po chwili wraca niosąc kopię listu otwartego.)

wywiadwincpyka 3Mój list otwarty był pierwszym publicznym atakiem na Salomona Morela. Tak się złożyło, że żona jednego z moich młodszych kolegów z pracy przyjaźniła się z córką Morela, Renatą Morel - piosenkarką. Po opublikowaniu listu ten kolega zapytał mnie, czy coś wiem na temat Morela, bo cała jego rodzina jest zbulwersowana tym, że ktoś ojca okropnie osmarował w prasie. Opowiedziałem mu co nieco nie znając jeszcze działalności Morela w obozie Zgoda w, Świętochłowicach, w którym to, jako jego komendant przyczynił się do śmierci ok. 1500 osób. Tak sprytnie potrafił się maskować, nawet przed własnymi dziećmi, że nie wiedziały one nic na ten temat, chociaż ich matka również pracowała w obozie Zgoda w Świętochłowicach jako strażniczka. Wsławiła się tym, że kazała ostrzyc na zero więźniarki, Jednym słowem - zburzyłem szczęście rodzinne!

Red.
Przejdźmy do pytań o pańską działalność konspiracyjną. W jakich okolicznościach stąpił Pan do organizacji niepodległościowej?

wywiadwincpyka 5W.B.Pyka
Była najpierw jedna organizacja, która nie została wykryta i jakoś się rozeszła i później po roku zawiązała się następna. Ja o tamtej poprzedniej wiedziałem, proponowali mi wstąpienie do niej i ja odmówiłem. Ale jak powstała ta druga - Polska Tajna ArmiaWyzwoleńczo Demokratyczna to wtedy wyraziłem swój akces.
Szefostwo organizacji chciało żebyśmy razem z dwoma innymi kolegami byli taką utajnioną komórką. Bezpieką w organizacji, no co tu dużo mówić? I dlatego nas nie było w oficjalnych spisach.
Jak mnie aresztowali w "kotle", to przywieźli nas później na UB.  i jeden UB - ek się pyta mojego kolegi "Jak ty się nazywasz?". "No Arciszewski." Ten sprawdza; jest. "A ty?". Ja mówię "Pyka". A on na to "Ty! Ty nie bądź taki cwany! Mów jak się na prawdę nazywasz!" Sądzili, że ja coś kombinuję.
Władza miała z nami bandytami, bo tak nas nazywano, poważny problem. W całej Polsce działało w tamtym czasie około 500 organizacji młodzieżowych, podobnych do tej naszej.

Red.
We wspomnieniach rówieśników, którzy podzielili pański los pojawiają się opinie, że wyczekiwaliście z niecierpliwością wyroków. Dlaczego?

W.B.Pyka
Status więźnia oznaczał jakieś prawa, powiedzmy prawa. Jakieś lepsze jedzenie, bardziej przyzwoite warunki mieszkalne.
Po trzech miesiącach i tak stosunkowo znośnego jak na tamte czasy śledztwa chciałem mieć to za sobą. W Katowickim więzieniu oddział damski był oddziałem śledczym, do dyspozycji Urzędu Bezpieczeństwa. Tylko parę cel było zajęte przez kobiety a reszta przez więźniów Urzędu Bezpieczeństwa. Zasadnicze śledztwo odbywało się na ulicy Powstańców w Katowicach, potem w połowie listopada przewieziono mnie na Mikołowską do celi na oddział damski do celi 66. To była tak wąska cela, że opierając się ramieniem o jedną ścianę można było drugą ręką dotknąć drugiej ściany. Taka była szerokość, a długość 4,3m. I tam nas było trzech. Ale tam przynajmniej była podłoga drewniana. Bo potem jak mnie przeniesiono do głównego budynku to tam były płytki, zimne to było.

Red.
Kiedy trafił pan do Więzienia Progresywnego dla Młodocianych Przestępców w Jaworznie? Czym właściwie tak na prawdę było Jaworznickie Więzienie?

wpykaobozdwochW.B.Pyka
Do Jaworzna przyjechałem w czerwcu 1951 z Potulic, gdzie trafiłem po roku pobytu we Wronkach. Tak zwane Więzienie Progresywne w Jaworznie różniło się od wszystkich innych więzień w tamtym okresie.
Jaworznickie więzienie miało być "wielkim eksperymentem pedagogicznym". Pobyt w Jaworznie miał nas przemienić z wrogów klasowych w czerwone anioły i po nawróceniu mieliśmy uczestniczyć w budowie utopijnego ustroju. I ten eksperyment zlokalizowano w miejscu byłego hitlerowskiego obozu "Neu Dachs" w Jaworznie. Nie zapomniano oczywiście o starych, sprawdzonych metodach. Ot tak, na wszelki wypadek zostawiono stare pohitlerowskie ogrodzenie z drutami pod napięciem, osłonięte je jedynie z zewnątrz wysokim murem by nie straszyło przechodniów, pozostawiono też w łaźni instalację do gazowania więźniów, nie zdemontowano nawet hermetycznych drzwi. Przecież metoda gazowania jest bardzo wygodna, nie pozostawia śladów i zawsze można to tłumaczyć epidemią.

KONIEC CZĘŚCI PIERWSZEJ

Na kolejną część wspomnień zapraszamy już za tydzień.

Zdjęcia: J. Ł Twardowski.
Ostatnie zdjecie (Alex) pochodzi z otwarcia stałej wystawy w jaworznickim muzeum dotyczącej Obozu Dwóch Totalitaryzmów, o którym piszemy TUTAJ.

 


Poprzednia strona 1/2 Następna strona »

Powrót na górę

Instytucje miejskie

Kultura

Polskie portale

INSTYTUCJE

Miasta różne

Follow Us