Menu
reklama

Opowiadanie pełne wzruszeń i dramatów - Anna Losyna - Loki guzy i siniaki

Kilka miesięcy temu publikowaliśmy na łamach naszego portalu opowiadanie, niemal powieść, Pani Anny Losyny pod tytułem "Bug i za Bugiem", która spotkała się z dużym zainteresowaniem czytelników mówiąc o bardzo trudnych czasach jakie przeżyła autorka w strasznych latach pięćdziesiątych, kiedy to niepodzielnie królował komunizm, bieda, niedostatek, a ludzie przeżyli chyba tylko dlatego, że byli połączeni więzami rodzinnymi, przyjaźnią i świadomością swojej historii i tradycji. Powieść w odcinkach jest dostępna w naszym portalu TUTAJ.
Dziś kończymy publikację kolejnego opowiadania Pani Anny Losyny (być może prawdziwe nazwisko poznamy kiedyś) zawierające wspomnienia z dzieciństwa, które w okresie powojennym miało różne barwy, ale przede wszystkim było barwne i pełnie ciekawych epizodów. Pani Anna po kilku latach zamieszkiwania z rodzicami w różnych miejscach w końcu przyjechała do Jaworzna i mieszka tu do dziś. jej losy toczyły się różnie, często były smutne i dramatyczne. Dziś są bardzo wzruszające. Życie Pani Anny nie głaszcze jej, nie jest usłane różami, a jednak nie traci Ona wiary. Szuka pomocy - czy ją znajdzie?

LOKI, GUZY i SINIAKI

lokiguzyisiniakiTak to ja ?Babcia Danuta 1946?. Tak jest właśnie teraz na Facebooku. A 65 lat temu była  to niespełna trzyletnia dziewczynka. Jasnowłosa, pulchniutka, ale o delikatnej twarzy, z której to wyzierały wielkie piwne oczy, bardzo ciekawe świata i otaczających ją ludzi. Trzymana za rękę przez swoją młodziutką mamę o włosach czarnych jak kruk, z trudnością pokonywała kilkanaście stopni schodów w korytarzu przedszkola, do którego to właśnie po raz pierwszy zaprowadziła ją mama. W tym budynku przed wojną i z pewnością w czasie jej trwania mieszkał właściciel Zakładów Chemicznych ?Silesia".

 



Cofnijmy się jeszcze o cztery lata. Jestem maleńkim zarodkiem, umieszczonym w błogiej kołysce łona wyścielonego łagodną ciemnością, senną kojącą ciszą i zbawiennym ciepłem mojej niespełna dwudziestoletniej mamy. Nie było by w tym nic dziwnego, gdyby nie to, że miejscem, w którym przebywała moja mama były tereny III Rzeszy.
?Mateńko kochana porwali Cię dziewczątkiem z domu rodzinnego i jak tę córę Jurandową przywieźli do miasta dalekiego. Zamknęli Cię w ogromnej fabrycznej studni, pośród której tylko maszyn serce dudni".
Urodziłam się 29 czerwca 1946 roku w małej wiosce w woj. krakowskim (ówczesnym). A tak mało brakowało abym urodziła się na terenach III Rzeszy albo w wagonie towarowym, którym to moi rodzice wracali do Polski z przymusowych robót. Moja mama i tata spotkali się i zapoznali pod koniec wojny w Niemczech. Mamusia miała niespełna 16 lat, gdy Niemcy zabrali ją z rodzinnej wsi nad Bugiem i wywieźli w głąb Niemiec. Pracowała w fabryce amunicji w Karlsruhe. Natomiast tatuś pracował u bauera niedaleko miasta Ulm. Ich drogi spotkały się podczas ewakuacji więźniów i pracowników fabryki, której dokonali Niemcy na skutek ofensywy wojsk amerykańskich. Poznali się i pokochali, a po zakończeniu wojny wzięli ślub.
?Kiedy Cię prowadzono pod lufami karabinów i gnano drogami pod gradem pocisków i pod bombami. Ty się modliłaś do Panny Najświętszej o cudowne ocalenie. I wysłuchała próśb Twoich matka wszystkich dzieci tej biednej umęczonej Ziemi. Okryła Cię płaszczem nocy, gdy leżałaś pośród stwardniałych bruzd. Doprowadziła Cie do dobrych ludzi i dała Ci strawę do ust".
Tam spotkałaś chłopaka młodego, jasnowłosego Polaka,Twojego męża przyszłego.
?Kiedy zaświeciła Wam jutrzenka swobody, węzłem małżeńskim połączeni, mogliście być znowu rozłączeni".
Tatuś z ciekawością spoglądał na transporty do Kanady. Zbyt dobrze pamiętał codzienną podkrakowską biedę. Zapisał się do tego transportu jednak na skutek próśb i błagań swojej młodziutkiej żony, która marzyła tylko o powrocie do rodzinnych swoich ukraińskich stron, zmienił decyzję i zapisał ich oboje, a dokładnie mówiąc troje (bo ja już byłam w drodze) do transportu zdążającego do Polski.
Mój tatuś dwudziestoletni chłopak, przywiózł młodziutką żonę do swojej rodzinnej wsi. Z opowiadań mamusi wiem, że była to bardzo biedna wioska i panował tam straszny głód. Mamusia i tatuś wynajmowali się do pracy u obcych ludzi, żeby dostać pożywienie. Nieraz dzielili się we dwoje tylko jednym jajkiem. A często pożywieniem mojej mamusi, która była w zaawansowanej ciąży, były tylko jabłka, które pozwolono jej zerwać z drzewa. Toteż nikt nie był zdziwiony, gdy urodziła dziecko malutkie, słabiutkie i całe we wrzodach. Wszyscy mówili że nie będę żyła i dlatego też po tygodniu mnie ochrzczono, aby nie zamknąć maleńkiej duszyczce drogi do nieba. Nie zapisano mnie w żadnym Urzędzie Stanu Cywilnego, bo po co marnować i pędzić konie do miasta - tak mówili, jak i to i tak przecież umrze. Ta data chrztu została mi wpisana za datę urodzenia. Moi bardzo młodzi rodzice starali się zrobić wszystko, by utrzymać mnie przy życiu. Nie było w wiosce lekarza, więc udali się do znachorki. A ona poradziła kąpać mnie w sianie i otrębach. Rodzice jej posłuchali. Po miesiącu się okazało że znachorka dobrze im poradziła. Wrzody na moim ciele zaczęły znikać.
?Malutka, słabiutka istotka. Lecz nie dla Ciebie, dla obcych i złych ludzi"
I ich malutka córeczka zaczęła przybierać na wadze. A ja teraz myślę, że moi rodzice nie wypełnili obowiązku wobec prawa państwowego i nie zapisali mnie w żadnym Urzędzie Stanu
Cywilnego, jednak oni wypełnili obowiązek wobec Boskiego Prawa. Taką zaledwie tygodniową, bardzo słabą i całą owrzodzoną istotkę, przynieśli do Bożej Świątyni.
?Ty mateńko tylko Ty jedna wierzyłaś że żyć będę i ze śmiercią o mnie walczyłaś. Płakałaś nad moją kołyską, łzami mnie obmyłaś nie raz i uleczyłaś?.
Rodzice poprosili dla niej o Sakrament Chrztu Świętego.
Gdy mnie ochrzczono stałam się Dzieckiem Bożym i otrzymałam łaskę i silę Ducha Świętego.
I stało się tak, że ta maleńka istotka, w której to ledwo tlił się płomyczek życia, wzmocniona siłą Ducha Świętego zaczęła wbrew przewidywaniom i sądom wszystkich mieszkańców wioski, wracać powoli do życia.
Moja mama jadąc z przymusowych robót w Niemczech, będąc ze mną w ciąży, bardzo się przeziębiła podróżując w towarowym wagonie.
I stąd  te wrzody na moim ciele. Znachorka zaleciła tą kąpiel w wodzie ze słomą i sianem. Ale ja wiem i głęboko wierzę, że to nie ta kąpiel w słomianej wodzie, lecz kąpiel w wodzie Chrztu Świętego i w łasce Ducha Świętego sprawiły, że powróciłam do życia.
Gdy mój stan zdrowia polepszył się, tatuś za namową swojego kuzyna, który wrócił z Ziem Odzyskanych i mówił, że tam można znaleźć pracę i mieszkanie, zdecydował się na wyjazd. Po niespełna trzech miesiącach wrócił i zabrał nas ze sobą, mówiąc, że znalazł zatrudnienie w chemicznej fabryce i ma mieszkanie. Późną jesienią rodzice wraz z trzymiesięczną córeczką przyjechali do małego miasteczka w województwie wrocławskim. Mamusia była zachwycona, gdy zobaczyła dwupokojowe mieszkanie z kuchnią i bieżącą wodą. Był nawet i gaz. Skończyła się bieda, głód i poniewierka u obcych ludzi. Przypominam sobie, że kiedyś oglądałam takie zdjęcie, na którym na leżance leży niemowlak, w białych śpioszkach, fika nóżkami, śmieje się i wyciąga rączki do przystrojonej świątecznie choinki. Na choince iskrzyły się świeczki, a na jej wierzchołku pięknie  błyszczała srebrna gwiazda. Tym niemowlakiem byłam ja. Jakże wielkie wrażenie musiał wywrzeć na dziecku ten widok i wzbudził u niego ogromny zachwyt, który ja odczuwam do dzisiaj. Gdy przymykam oczy, jestem w tamtym pokoju i widzę to iskrzące się drzewko. Z całą pewnością gdzieś obok siedzieli przytuleni do siebie moi rodzice i z zachwytem i miłością spoglądali na śmiejące się dziecko.
A moja mama na pewno mówiła do swojego męża: "Zobacz jaką mamy piękną i zdrową córeczkę. A twoi krewni mówili, że ona umrze".
Z cała pewnością nie kłócili się o nie. Tylko objęli się jeszcze mocniej, nasycając oczy tym pięknym widokiem i napawając swoje serca i duszę magią tej czarownej, jedynej i niepowtarzalnej chwili. Z zakamarków mojej pamięci wyłania się jeszcze jeden obraz, a właściwie sytuacja, zdarzenie.
Jestem trzymana przez moją mamę na rękach. Podchodzi do nas jakaś starsza, siwa kobieta i w pięknej miseczce z ażurowym wykończeniem po brzegach podaje mi truskawki. Głaska mnie po głowie i coś do mnie mówi, ale ja jej nie rozumiem, ponieważ mówi w jakimś dziwnym języku. Ta pani była Niemką, która  jeszcze nie wyjechała lub nie chciała wyjechać do Niemiec.

 

 

Mieszkaliśmy na skraju małego miasteczka w dużym trzyklatkowym, dwupiętrowym bloku z czerwonej cegły. Po drugiej stronie ulicy znajdowały się Zakłady Chemiczne ?Silesia". Ale za blokiem były ogródki działkowe, piękna łąka, boisko sportowe i las, który był miejscem moich dziecięcych wypraw. Niedaleko też rozpościerały się pola uprawne, ponieważ w odległości paru kilometrów znajdowała się nieduża wioska. W tej wiosce zamieszkali jacyś dalsi krewni mojego taty, do których chodziliśmy bardzo często w odwiedziny. Oni też nas odwiedzali ale już rzadziej, ponieważ chowali kury, kaczki, gęsi, indyki i trzodę chlewną, którą musieli się zajmować i karmić. Nasze mieszkanie znajdowało się na parterze. W kuchni nie było bieżącej wody, tylko w korytarzu znajdował się zlew z bieżącą wodą, z którego to korzystała również sąsiedzka rodzina. Ten zlew w korytarzu umieszczony był bardzo wysoko. Ja ,aby odkręcić  kurek, musiałam przynosić sobie z podwórka jakieś skrzynki lub pniaczki i stawać na nich nierzadko jeszcze na palcach . Jednak pomimo trudności, korzystałam z wody bardzo często i tamten zlew był dla mnie wybawieniem, ponieważ brudziłam się okropnie. Pisałam już wcześniej, że nie miałam jeszcze trzech lat, gdy zaprowadzono mnie do przedszkola. O jakże ja byłam nieszczęśliwa z tego powodu. Ale nie dlatego, żeby tam było brzydko i smutno.
O nie! W przedszkolu były piękne, przestronne sale o dużych oknach. Było dużo zabawek i innych atrakcji. Przedszkolanki były bardzo miłe. Otrzymywaliśmy trzy posiłki: śniadanie obiad i podwieczorek. Jedzenia było bardzo dużo i było bardzo smaczne. No chyba, że z wyjątkiem tej łychy tranu, który to dostawaliśmy przed obiadem. Ja byłam nieszczęśliwa z samego faktu chodzenia i przebywania pawie przez pół dnia w przedszkolu. Gdy ja byłam w przedszkolu i musiałam być grzeczną, ładną i wystrojoną jak laleczka, przez moją mamę dziewczynką, to w tym czasie moje koleżanki i koledzy, których mamy nie pracowały, hasali sobie swobodnie po podwórku. Moja mama bardzo chciała, abym wyglądała jak ta laleczka. Dzisiaj by się powiedziało ?jak ta Barbi?.
Mamusia bardzo się starała o to aby tak było. Miałam zawsze pokręcone włosy, takie duże złociste loki (flaszki). Ubierała mnie w piękne sukieneczki z falbaneczkami, zakładkami, kokardkami, cekinami, koroneczkami i innymi ozdóbkami. Biedna ta moja mamusia, myślała, że ma jasnowłosego małego aniołeczka, a w rzeczywistości miała małego diabełka z anielską twarzyczką. Jakże ja byłam nieszczęśliwa z powodu tego mojego wyglądu. Mnie się marzyły proste, rozpuszczone włosy, może  przewiązane jakąś tasiemką, a nie wielkie sterczące kokardy, które też bardzo często gościły na mojej głowie. Chciałam, żeby ubierała mnie w prostą  bluzeczkę, zapinaną na guziczki lub zatrzaski, którą łatwo można było by rozpinać i w spódniczkę na gumce. Ale moim największym pragnieniem, a w tamtych czasach można by rzec, marzeniem, to były spodnie.
Z wielką zazdrością patrzyłam na moich kolegów z podwórka. Takie spodnie nie krępowały by moich ruchów, podczas moich przeróżnych wyczynów to jest turlania się z górki, spinania na drzewa, płoty, mury, parkany, a także zjeżdżania po poręczach schodów i wchodzenia do różnych rowów i jam. Oj, gdybym miała babcię, ciocię lub jakąś inną znajomą panią, to bym ją tak długo bardzo prosiła , aby wreszcie zgodziła się uszyć mi te moje wymarzone spodnie. Ale nie miałam nikogo takiego i posiadanie spodni pozostało w sferze moich dziecięcych marzeń. Przyrzekłam sobie , że gdy dorosnę, to nauczę się szyć, zostanę krawcową i będę szyła spodnie dla dziewczynek. One będą miały ozdoby i jak to by się dzisiaj mówiło, różne ?bajery".
Pierwsze spodnie uszyto mi gdy miałam 7 lat i mieszkałam już na Śląsku. Loki na mojej głowie nigdy nie utrzymywały się długo. Dokładałam wiele starań aby się ich pozbyć. Zaraz po wyjściu na podwórko specjalnie bardzo mocno trzepałam głowa lub przeciskałam się przez różne krzaki i zarośla, a gdy to nie pomagało, szłam do korytarza, spinałam się do zlewu, odkręcałam kran i polewałam głowę zimną wodą. Temu zabiegowi loki już nie sprostały, musiały się rozkręcić, a ja szczęśliwa, że mam już proste włosy, mogłam hasać swobodnie po podwórku. Również smutny i krótki był żywot moich pięknych sukieneczek. W tym samym dniu, w którym zostałam w nie wystrojona, obok ich kropeczek, groszków i kwiatuszków pojawiało się bardzo dużo tłustych lub jakichś kolorowych plam. Zakładeczki, falbaneczki były oderwane, a kokardki pogubione lub co gorsza w sukieneczkach były ogromne dziury, bo nieraz zawisłam na płocie lub przeciskałam  się przez jakieś kolczaste druty.



Pamiętam jak pewnej niedzieli, pięknie wystrojona wybiegłam na podwórko i gdy oczekiwanie na moją mamę przedłużało się, postanowiłam, że pójdę na łąkę za blokiem i tam będę nad rzeczką łowić ryby. Rzeczka to był dość szeroki ale nie głęboki rów. Tym rowem płynęły ścieki z pobliskich zakładów chemicznych. Woda w tej rzeczce była bardzo brudna, kolorowa, tłusta i strasznie śmierdząca. Usiadłam na brzegu, wzięłam jakiś patyk i próbowałam wyłowić stary kalosz. Kalosz nabrał wody i pociągnął mnie w dół. Zjechałam na pupie do wody i zanurzyłam się aż po pachy . Nie wiem czym by to się skończyło gdyby nie pomoc jakichś starszych ludzi, którzy szli do ogródków działkowych. Wyciągnęli mnie z tej kloaki i zaprowadzili do domu. Moja biedna mama    oczywiście musiała zrezygnować z niedzielnego spaceru i trzy razy musiała zmieniać wodę w emaliowanej bali, zanim mnie domyła. Ubranie strasznie śmierdziało i trzeba było je po prostu wyrzucić. A mama bardzo zdenerwowana zagroziła mi, że jak jeszcze raz zrobię coś takiego, to ona wsadzi mnie do kociołka, który był na piecu i zagotuje mnie wraz z wodą. Bardzo się przestraszyłam i już nigdy więcej nie próbowałam łowić żadnych ryb.

Byłam takim podwórkowym prowodyrem i inicjatorem różnych zabaw. Obok naszego bloku była gazownia. A przy niej bardzo wysoki zbiornik, a na nim umieszczone były metalowe uchwyty, dość szerokie i w niewielkich odstępach. Tworzyły jakby rodzaj drabiny. Wpadłam na pomysł, że wyspinamy się na ten zbiornik, będziemy bliżej nieba , poczujemy się jak ptaki i jak jak piloci w samolocie. Ja w tym wieku marzyłam o tym by w przyszłości zostać pilotem. Moim kolegom spodobał się ten pomysł i zaczęliśmy się wspinać. Ja oczywiście byłam na przodzie. Wspinając się nie oglądałam się za siebie i na swoich kolegów, tylko od czasu do czasu, łypałam okiem raz na prawo, raz na lewo i podziwiałam, jak to, co znajdowało się na ziemi, wygląda z góry. Czułam się jak ptak. Dotarłam na samą górę, odwróciłam się, usiadłam i wtedy dopiero zobaczyłam, że moi koledzy są prawie na samym dole. W pierwszej chwili ogarnęła mnie złość i zaczęłam krzyczeć na nich i ich ponaglać aby wspinali się wyżej. Jednak po chwili, gdy rozejrzałam się wokół, wyciągnęłam ręce do nieba i spojrzałam w dół, zaczęło się dziać ze mną coś dziwnego. Poczułam straszny ból głowy, przed oczami zrobiło mi się ciemno, zaczęło brakować mi tchu. Kurczowo uchwyciłam się poręczy i z zamkniętymi oczami aby nie widzieć wirującej ziemi, trwałam tak w bez ruchu, dłuższą chwilę. Zaniepokojeni tym moim dziwnym zachowaniem współtowarzysze wspinaczki, zaczęli wołać do mnie abym zeszła do nich.

A ja nie mogłam się poruszyć, czułam się jak sparaliżowana strachem i wiedziałam, że jak się ruszę, to spadnę. I chyba po raz pierwszy poczułam się bezradna i przestraszona. Rozpłakałam się jak jakaś beksa i szlochając zaczęłam prosić moich kolegów, aby sprowadzili jakąś pomoc. Oni zaskoczeni tym co widzą, a przede wszystkim  tym, co słyszą, a mianowicie, że po raz pierwszy, słyszą mnie płaczącą, szybko pobiegli szukać jakiejś dorosłej osoby. Po niedługim czasie, który dla mnie wydawał się bardzo długim, usłyszałam, że ktoś wspina się do góry. Nagle czyjeś mocne ramiona pochwyciły mnie, a głos poprosił abym objęła go za szyję Uczyniłam to natychmiast i całym ciałem przywarłam do klatki jakiegoś młodego mężczyzny. Zaczęliśmy schodzić  w dół. Ja  przez cały czas byłam przyklejona do niego i miałam zamknięte oczy. I w taki można by rzec tragiczny sposób dowiedziałam się że mam lęk wysokości i cierpię na chorobę tak zwaną  lokomocyjną, która to objawiała się między innymi i tym, że nie mogłam huśtać się na huśtawce ani kręcić na karuzeli, nie mówiąc już o jeździe środkami lokomocji. Nawet jazda bryczką, którą niekiedy przewoził nas tata jednej koleżanki, wywoływały u mnie zawroty głowy i powodowały wymioty. Zazdrościłam innym dzieciom zabaw na huśtawce i jazdy na karuzeli. Tak bardzo chciałam być silna, a w rzeczywistości miałam bardzo słaby organizm.

W dzieciństwie przeszłam prawie wszystkie choroby wieku dziecięcego, no może z wyjątkiem Hainego Medina, ale gdy miałam 7 lat zachorowałam na zapalenie opon mózgowych. Pamiętam jak przychodził do mnie lekarz w wojskowym mundurze i dawał mi zastrzyki. A ja miałam temperaturę powyżej 40 stopni i -wydawało mi się, że ściany i szaty idą do mnie i chcą mnie zadusić. Krzyczałam z przerażenia, a mamusia na łyżeczce z kroplą porzeczkowego kompotu podawała mi jakieś lekarstwo. Do tej pory w kompocie porzeczkowym czuję jego zapach i gorzki smak nie piję porzeczkowego kompotu. Ten lęk wysokości i choroba lokomocyjna zabiły we mnie marzenia o tym, by zostać pilotem . Pomyślałam, że muszę sobie znaleźć jakiś bardziej przyziemny zawód. I znalazłam. Postanowiłam w przyszłości zostać nauczycielką. Ta przygoda na zbiorniku gazowni nie zniechęciła mnie do wspinaczek. Wprawdzie nie były już one na tak dużej wysokości, ale jednak były, a jedna z nich zakończyła się dla mnie bardzo boleśnie . Wyspinałam się na bardzo wąski zmurszały mur i udawałam, że spaceruję jak cyrkowiec po linie. Cegła w murze się obsunęła, a ja prawie że z połową muru, który runął wpadłam w bardzo wysokie pokrzywy.

A byłam ubrana tylko w krótkie majteczki, bo wcześniej się porozbierałam z tej mojej sukieneczki z falbankami, ponieważ było mi gorąco. Uległam strasznemu poparzeniu na całym ciele, nawet i na twarzy, bo poleciałam głową w dół. Rozbiłam nos i czoło, a bąble, które mi momentalnie powyskakiwały, piekły przeokropnie. Dobrze, że po drugiej stronie ulicy były zakłady chemiczne i był w nich lekarz, który udzielił mi pierwszej pomocy i wysmarował mnie jakimiś maściami. Trochę mi to pomogło, ale ból i pieczenie całkiem nie ustąpiły i przepłakałam całą noc. Od tamtej pory pokrzywy omijałam z daleka i bardzo się dziwiłam , że te pokrzywy siekano dużym nożem i wrzucano je do koryta, w którym podawano jedzenie świnkom. Świnki zajadały się z apetytem, mlaskały głośno i nie było widać, aby je coś piekło i parzyło.

Niekiedy przychodziła mi ochota, aby spróbować, ale strach przed poparzeniem był zbyt wielki i zaniechałam tego mojego pomysłu. Chyba po trzech latach pracy tatuś został wydelegowany na naukę do Technikum Chemicznego w Gliwicach, a mamusia poszła do pracy. Pracowała jako sprzedawczyni w sklepie. Pracowała nieraz cały dzień, a mnie z przedszkola odbierali obcy ludzie i u nich przebywałam, czekając na jej powrót. Tym nieszczęśnikom również nieraz dałam się we znaki. Pamiętam jak raz u pewnego Państwa, którzy mieli piękne, duże mieszkanie z bardzo dużym       i długim przedpokojem, w którym na długości całej ściany i prawie sięgając do sufitu, znajdowała się meblościanka - wieszak z bardzo długą poręczą, na której wieszane były parasolki.

Gdy już setnie się wynudziłam, słuchając tyrad starszej Pani na temat, jak to powinna zachowywać się mała, grzeczna dziewczynka, poszłam do tego przedpokoju i postanowiłam pohuśtać się na tej poręczy i zrobić kilka  fikołków. Dobrze, że jej mąż, który był wysokim, postawnym mężczyzną, właśnie w tej samej chwili wchodził do domu i zdołał uchwycić, spadającą, urywającą się wraz z hakami meblościankę i przyjąć na swoją klatkę cały jej ciężar. A ja, jak ten przestraszony mały kociak, wygramoliłam się spod sterty ubrań i uciekłam na podwórko. Nietrudno się domyśleć, że    po tym incydencie moja biedna mamusia musiała szukać dla mnie innych opiekunów.

Tym następnym też dałam w kość i napędziłam im strachu. A rzecz miała się tak. Ja bardzo lubiłam psy. I obojętne mi było, czy to były małe, czy duże psy.

Podchodziłam do nich z ufnością i wyciągałam do nich rękę i ich głaskałam. Pewnego razu, będąc na spacerze z tym Państwem, zobaczyłam budę, a  przy niej pieska z małymi szczeniaczkami. Zanim starsi Państwo zdążyli zareagować, ja podbiegłam do budy i chciałam pogłaskać szczeniaczki. Suczka, bojąc się o swoje młode w ich obronie, rzuciła się na mnie i zanim starsi Państwo zdążyli dobiec i odciągnąć ją ode mnie, ona zdążyła mnie dotkliwie pogryźć. Musiałam brać surowicę w zastrzykach. Zastrzyki były bardzo bolesne i dostawałam je do brzucha. To zajście nie zniechęciło mnie do przyjaźni z pieskami, ale już nigdy więcej nie podchodziłam do suczki z małymi  szczeniaczkami.

Jednak największą traumę z mojego powodu przeżyli trzeci Państwo, którzy się mną zajmowali. W pobliżu mojego przedszkola był piękny park z dwoma stawami. Spacerowałam z moimi opiekunami nad tymi stawami, gdy w pewnej chwili podeszli do nich jacyś ich znajomi i zaczęli rozmawiać ze sobą. Rozmowa się przedłużała, a ja znudzona, poprosiłam Państwa abym mogła pobiec za zakręt, bo tam pływają kaczki i gęsi - będę ich karmić chlebkiem, którego kawałeczki i okruszki zawsze miałam w kieszeni fartuszka. Gdy skończył mi się chlebek i nakarmiłam już ptactwo, a sama również poczułam głód i pragnienie, a moi opiekunowie się nie   zjawiali, postanowiłam, że pójdę do znajomej mojej mamusi, która mieszkała w pobliżu parku. I tak zrobiłam. Gdy moi opiekunowie przyszli za zakręt i zobaczyli, że mnie tam nie ma, kilka razy obiegli te stawy i nie znajdując mnie nigdzie na brzegu, zawiadomili milicję, a ta straż pożarną i nurków. Nurkowie przeszukiwali stawy, a gdy mnie nie znaleziono, postanowiono zawiadomić o tym co się wydarzyło, moją biedną mamę. Mamusia była przerażona i szlochając mówiła, że  ja po tym nieszczęsnym  łowieniu ryb w cuchnącym rowie, przyrzekłam jej, że nie będę już zbliżać się i wchodzić do żadnej wody i na pewno tego nie zrobiłam. Należy mnie szukać nie w stawach, ale gdzieś u jakichś naszych znajomych, których z całą pewnością postanowiłam odwiedzić. Poruszone było całe miasteczko, tym bardziej że rok temu w jednym ze stawów, utonęło dwoje dzieci, chłopczyk i dziewczynka. Gdy ich wydobyto, to mocno trzymali się za ręce.

Byłam na ich pogrzebie i pamiętam te dwie małe, białe trumienki i straszny szloch i rozpacz ich rodziców. Szukano mnie w wielu domach. Poszukiwania przeciągnęły się aż do wieczora. Dopiero gdy już zapadała noc, mamusia przypomniała sobie, że kiedyś przyprowadzała mnie z przedszkola do niej, do pracy, pewna młoda dziewczyna, a ona mieszka nie daleko parku. Tylko mamusia nie mogła uwierzyć, abym mogła zapamiętać jej adres, ponieważ byłam tam u niej razem z mamą tylko jeden raz. Okazało się, że jednak zapamiętałam i siedziałam u tej dziewczyny, spokojnie zajadając się ciasteczkami i pijąc kompot z dyni, który bardzo lubiłam. Moi opiekunowie oczywiście zrezygnowali i odmówili mojej mamie dalszej opieki nad jej córeczką, która swoim wyczynem doprowadziła do palpitacji serca u starszej Pani. Moja biedna mama była zrozpaczona i już myślała o porzuceniu pracy, gdy nagle całkiem niespodziewanie zjawił się u nas mój dziadek, ojciec mojego taty, który powrócił z robót w Austrii. I to teraz na dziadku spoczął obowiązek przyprowadzania, opiekowania i zajmowania się mną do powrotu z pracy mojej mamy. Mój dziadek nie miał jeszcze tak bardzo dużo lat, ale był osoba upośledzoną ruchowo. Podczas pracy w kopalni w Austrii, uległ bardzo ciężkiemu wypadkowi. Miał poważnie uszkodzony kręgosłup. Nosił na plecach duży garb i prawą stopę stawiał tylko na palce. Ja szczęśliwa, że nie muszę już godzin popołudniowych spędzać u obcych ludzi, zaczęłam realizować moje wyprawy, o których już od dawna marzyłam.

 


 

Jak tylko wróciliśmy z przedszkola do domu, oświadczyłam dziadkowi, że idę na małą wyprawę, ale żeby się nie martwił, bo wrócę przed wieczorem. Dziadek pewnie myślał, że ja żartuję i to tylko taka moja fantazja. Spokojnie kurzył sobie fajeczkę i grzał się przy piecu. Usnęło się biedakowi, a ja wymknęłam się z domu i pobiegłam do lasu, który był niedaleko, zaraz za łąką. Szłam ścieżką, która zaprowadziła mnie na polanę . Na polance były pniaki po ściętych drzewach. Usiadłam na jednym z nich, aby odpocząć, a tu nagle przy mnie, pojawiły się wiewióreczki i rozpoczęły swoje harce. Siedziałam bez ruchu, tylko wkoło wodziłam oczami. Zobaczyłam kucające lub stojące na dwóch łapkach zajączki. Nagle przez polanę przebiegł lis, z dużą piękną rudą kitą. W krzakach usłyszałam jakiś delikatny szelest i wyjrzał z nich łebek sarenki. Siedziałam jak urzeczona, wsłuchana w śpiew ptaków, stukot dzięcioła i kukanie kukułki. Siedziałabym tam jeszcze dłużej, ale zaczęło zmierzchać i musiałam wracać do domu. W drodze powrotnej najadłam się jagód i poziomek. Gdy zrobiło się trochę ciemno, z obawą i lękiem spoglądałam na krzaki, czy aby nie wyskoczy z nich wilk, albo nie wyjdzie jakaś straszna Baba Jaga, z zakrzywionym nosem. W tych moich wyprawach zawsze towarzyszył mi piesek, mój przyjaciel. Nazwałam go łatka, ponieważ był cały czarny, pod brzuszkiem miał dużą białą łatę i białą kropeczkę na końcu ogonka. On zawsze czekał na mnie przed blokiem, witał mnie radosnym szczekaniem i merdając ogonkiem, biegł mi przy nodze. A ja dzieliłam się z nim wszystkim tym co miałam do jedzenia. Dlatego też uważałam, że gdyby tam w lesie nagle pojawił się wilk lub Baba Jaga, to on nie pozwoli zrobić mi krzywdy i będzie tak długo i głośno szczekał, aż pojawi się Pan leśniczy ze strzelbą i rozprawi się z nimi.

O innych niebezpieczeństwach i zagrożeniach nie wiedziałam, a może i w tamtych czasach ich nie było. Próbowałam namówić moich kolegów i koleżanki aby mi towarzyszyły w tych wyprawach. Oni chcieli, ale rodzice im zabronili chodzić do lasu. Mój tata był daleko, a mama cały dzień pracowała. Biedny dziadek, gdy się zorientował, że ja nie fantazjuję, tylko znikam na kilka godzin to zaczął mnie zamykać w pokoju. Patrzyłam przez dziurkę od klucza i gdy zobaczyłam że dziadek już usnął, otwierałam okno i spuszczając nogi na wcześniej podstawiony przeze mnie pod oknem pniak, uciekałam z domu. Nie zawsze szłam do lasu. Niekiedy, a przeważnie w tych okresach, kiedy na polach rozpoczynały się prace polowe, to biegłam na gościniec, który prowadził do pobliskiej wioski, a po jego obydwu stronach, były pola uprawne. Patrzyłam na oraczy, którzy ręcznym pługiem z zaprzężonym konikiem odrzucali skiby, a za nimi krok w krok podążały wrony i inne ptaki, wyciągając i wygrzebując, z ziemi różne pędraki i glizdy. Gdy pole było już zaorane, to pojawiali się mężczyźni, którzy mieli na szyjach przewiązane takie duże płachty, do których to wkładali dłonie i zaczerpnąwszy ziaren, wrzucali je w zaoraną ziemię.

Najciekawiej i najweselej to było przy żniwach i przy wykopkach. Schodziłam niekiedy z gościńca, szłam na pole i zbierałam kłosy. Wydłubywałam ziarna, wkładałam je do buzi i żułam. Kobiety mówiły mi, że te ziarna mieli się w młynach na mąkę, a z niej piecze się chleb. Bardzo chciałam zobaczyć jak to wygląda taki młyn i jak to się miele te ziarna. Niekiedy kobiety sadzały mnie na wóz i jechałam z nimi do wioski, a potem wracaliśmy na pole. Pewnego razu pojechałam z nimi do młyna. Było to dla mnie wielkie przeżycie, gdy zobaczyłam te wielkie żarna i sypiącą się białą mąkę, do podstawianych worków. Przy wykopkach było bardzo wesoło i pięknie pachniało, pieczonymi w ogniskach ziemniakami. Najpierw przyglądałam się z daleka, ale gdy kobiety i dziewczyny zaczęły na mnie kiwać, to podchodziłam bliżej i zasiadałam razem z nimi przy ognisku. A one wyciągały z żaru dla mnie gorące bulwy ziemniaczane, studziły je i podawały mi w moje dłonie, a ja przerzucając je z ręki do ręki i obierając zębami skórkę, zajadałam się nimi ze smakiem, brudząc się przy tym okropnie. Niekiedy dziwiły się i pytały mnie, gdzie są moi rodzice, to ja wtedy odpowiadałam, że tatuś uczy się daleko w technikum, a mamusia cały dzień pracuje w sklepie. One tylko kiwały głowami i coś między sobą szeptały. Mamusia jednak jakoś się dowiedziała o tym, że ja chodzę po tym gościńcu i spędzam popołudnia z obcymi ludźmi, którzy pracują na polach.

Przeraziło ją to, że sama chodzę po gościńcu. Powiedziała mi że nie wolno mi tego robić, bo może mnie potrącić jakiś samochód lub mogę wpaść pod rozpędzone konie. I chyba tylko dlatego, żeby mnie nastraszyć, powiedziała, że słyszała jak ludzie opowiadają o tym, że na poboczu tego gościńca, stoi stary rozwalony dom, a w tym domu straszy. Ponoć byli ludzie, którzy widzieli jak z tego domu wyjeżdża galopem siwy koń, a na nim siedzi bardzo wysoki jeździec, cały ubrany na czarno. Jeźdźcowi towarzyszy wielki czarny pies, który strasznie wyje. Oni tak pędzą po polach i znikają nagle, tak samo szybko, jak i się pojawili. Ja znałam ten dom, bo znajdował się w połowie mojej drogi i zawsze koło niego przechodziłam. Ja bałam się duchów, lecz bardzo lubiłam słuchać opowieści o nich i o spotkaniach z nimi innych ludzi.

Z tych moich wypraw wracałam do domu umorusana jak nieboskie stworzenie. Moje sukieneczki, fartuszki i rajtuzy były w opłakanym stanie. Na kolanach i łokciach miałam zadrapania nierzadko i głębsze rany, a na czole guzy i siniaki. Tym swoim wyglądem doprowadzałam do rozpaczy moją biedną mamę, która prawie zawsze musiała grzać wodę i wsadzać mnie do balii. Bo przecież rano szłam do przedszkola i musiałam być czysta, schludna i mieć pokręcone te nieszczęsne loki. Jednym słowem trzeba było małe diablątko, tak mówiła o mnie moja mama, przemienić w laleczkę. Kiedy teraz myślę o tym, to jestem pełna podziwu dla niej, bo przecież ona wracała do domu po całodziennej pracy i z całą pewnością była nieraz bardzo zmęczona. Ja bardzo zazdrościłam moim kolegom i koleżankom tego, że oni mieli babcie, ciocie, wujków, kuzynów i kuzyneczki. A ja nie miałam żadnej rodziny oprócz zniedołężniałego dziadka. Jakże ja pragnęłam, aby kiedyś choć raz jakiś wujek przewiózł mnie na rowerze w koszyku, do którego wsadzano dzieci, a koszyk wieszano na kierownicy.

Nie miałam jednak ani takiego koszyka, ani wujka, ani roweru. Lecz męski rower miał tata jednego mojego kolegi. On pozwalał mu brać ten rower, żeby on się nauczył na nim jeździć. Ja przekupywałam tego kolegę czekoladami, które przynosiła mi mama, aby pozwolił i mnie uczyć się jeździć na rowerze. I tak mając niespełna 5 lat, sama nauczyłam się jeździć na dużym męskim rowerze, jak to się mówiło pod rurką. Mój tata przebywał daleko i rzadko przyjeżdżał do domu, pewnie dlatego ja bardzo lgnęłam do obcych mężczyzn. Oni też bardzo mnie lubili i często sadzali mnie na kolana lub nosili na barana. Pamiętam, że w środkowej klatce w naszym bloku, mieszkało takie młode małżeństwo. Ten Pan był bardzo wysoki, szczupły, miał takiego hiszpańskiego wąsika, a jego żona była niską, kruchą, delikatną blondyneczką i też miała piękne loki. Ci Państwo bardzo często zapraszali mnie do siebie. Oni nie mieli dzieci. Pewnego razu, gdy siedziałam na kolanach tego Pana, on powiedział, że pójdzie do mojej mamy i ją zapyta, czy by ona im mnie nie sprzedała. I czy ja się zgadzam na to. Byłam bardzo zaskoczona i odpowiedziałam, że muszę się zastanowić.

Po tygodniu przyszłam do nich i powiedziałam, że na sprzedaż się nie zgadzam, ale mogą mnie od mojej mamy wypożyczyć do czasu, aż ja nie pójdę do szkoły. To jest na trzy lata. Teraz wiem, że to był tylko taki żart ze strony tego Pana i z całą pewnością on nigdy czegoś takiego nie zaproponował mojej mamie. I to były tylko takie rozmowy pomiędzy nim, a mną. Ja często byłam smutna i niekiedy płakałam, siedząc w domu, przeważnie w zimie gdy nie mogłam hasać na dworze. Widząc to, mamusia zadawała mi pytanie dlaczego płacz? Przecież nie jestem głodna jestem zawsze ładnie ubrana a następnie otwierała szafę, w której na półce poukładane były czekolady. A ja wtenczas, szlochając odpowiadałam, że wiem o tym, ale ja nie mam w domu ani taty ani mamy, ani babci ani wujka ani cioci. Nie mam też brata, czy siostrzyczki. Jestem sama. Pewnie też i dlatego chciałam się zgodzić na to wypożyczenie mnie przez tamto wspomniane małżeństwo. Chyba po trzech latach pobytu na Ziemiach Zachodnich mamusia odnalazła w jednej z wsi w tym samym województwie, swoja kuzynkę. Mamusia napisała list do swojej rodziny na Ukrainie. Nigdy nie zapomnę tego dnia, gdy przyszła odpowiedź. Jak ona bardzo się cieszyła jak całowała tę kopertę. Jednak jej radość trwała krótko.

Czytając, coraz bardziej smutniała, aż wreszcie wybuchła strasznym płaczem. Nie można było jej uspokoić. List był od jej najstarszego brata, który donosił jej, że jej ojciec nie żyje (umarł na astmę), średni brat został rozstrzelany przez Rosjan, a mama i najmłodszy brat zostali wywiezieni na Sybir. Gdy byłam już duża, miałam chyba 10 lat, dowiedziałam się że mój wujek został wywieziony do Magadanu. Był jeszcze dzieckiem, miał niespełna 14 lat. Jak już wcześniej wspominałam mój tatuś uczył się w technikum chemicznym na Górnym Śląsku. On przyjeżdżał jeden raz w miesiącu. Było to dla mnie wielkie święto, bo brał mnie za rękę i szliśmy na spacer, główną ulicą , przez środek miasteczka. Jednak najbardziej cieszyłam się z prezentów jakie mi
przywoził. A były to przeważnie książki dla dzieci, dużego formatu porządne w twardych okładkach i z pięknymi ilustracjami. Do dzisiaj pamiętam ich tytuły: ?Kopciuszek", ? Śpiąca królewna", Księga Papugi", ? Słoń Trąbalski", Lokomotywa", ?Baśnie Andersena?. Mamusia musiała mi je czytać kilkakrotnie, ażznałam je

już na pamięć. Z ust mojej mamy płynęły opowieści o rycerzach, smokach, królewiczach i śpiących królewnach. Siedziałam wpatrzona w mamę i chłonęłam to, o czym mi czytała. Otwierałam usta i rozwierałam szeroko moje oczy. Później zmęczona zasypiałam. Rano budziłam się i nieraz biegłam do kolan mamy, aby mi coś jeszcze raz przeczytała, ponieważ czegoś nie zapamiętałam.

 


 

Gdy przeczytane książki lub książkę znałam już na pamięć, to zapraszałam swoje koleżanki i kolegów z podwórka do mojego mieszkania, albo gdy było ciepło to siadywaliśmy na schodkach przed wejściem. Mówiłam, że ja teraz będę nauczycielką i będę im czytać książki.

Gdy była niepogoda, to myszkowaliśmy po piwnicach. Ile tam było różnych ciekawych rzeczy. Stare sprzęty, meble i książki. A raz w jednej z nich ja znalazłam szablę w pięknej pozłacanej pochwie i krótki sztylet z pięknym ornamentem na rękojeści. Pochwaliłam się tym znaleziskiem dorosłej osobie i mi je zabrano, mówiąc ? żebym nie zrobiła sobie jakiejś krzywdy. Było mi bardzo smutno i żal tego mojego trofeum.
Pewnego razu tatuś przyjechał i powiedział, że dostał nakaz pracy do Jaworzna. Moja mamusia bardzo dbała o meble, sprzęty, naczynia i porcelanowe figurki, które były pięknie malowane i zdobione złotem. Nieraz, gdy brała je do ręki myła i wycierała, to mówiła do mnie ? córeczko one nie są moje, za nimi na pewno płacze i tęskni jakaś Niemka i jej córeczka. I my ich nie zabierzemy ze sobą. Mamusia, za zarobione przez nią w sklepie pieniądze kupiła od kogoś nowe, inne meble. Z tych mebli z mieszkania zatrzymała tylko piękne, duże, metalowe na biało pomalowane łóżeczko i na moją prośbę także stojące duże lustro na grubych nogach, które się tak ładnie huśtało.
aniollokiguzy CustomI duży obraz, na którym mały chłopczyk i mała dziewczynka szli po kładce, a za nimi szedł piękny anioł z dużymi skrzydłami. Ten obraz wisiał nad łóżeczkiem, a ja się do niego modliłam, co wieczór i prosiłam Bozię o małego braciszka. Miałam 6 lat gdy znowu wyruszyliśmy w podróż. Dwa tygodnie przed wyjazdem rodzice nadali na bagaż swoje meble i koguta. Gdy przyjechaliśmy do Jaworzna, to ja w miejscu późniejszego zamieszkania, utopiłam kapcia w błocie i tatuś musiał mnie nieść na barana. Zamieszkaliśmy na Osiedlu Górniczym w blokach w pustym dwupokojowym mieszkaniu. Pustym bez mebli, ponieważ wagon z meblami przyszedł dopiero po dwóch tygodniach. Na szczęście nie brakowało niczego i nawet kogut był żywy, bo dziadek zaopatrzył go w wodę i ziarno. Moi rodzice bardzo się ucieszyli i zaraz pozwracali ludziom, bardzo im dziękując, pożyczone od nich stołki, poduszki i koce. Chyba po roku rodzice otrzymali nowe większe trzypokojowe mieszkanie.
Ja zaczęłam uczęszczać do szkoły podstawowej. Była to Szkoła Nr. 1. Naukę rozpoczęłam w w jej starej siedzibie t.j naulicy Mickiewicza. Tam też w tym budynku szkoły odbyła się akademia ku czci śmierci Józefa Stalina. Bardzo byłam wzruszona tą wielką żałobą, po tym ?ojcu narodu" i przyjacielu dzieci. Płakałam i kazałam powiesić sobie w pokoiku, jego portret z żałobną wstążką. Teraz gdy o tym pomyślę, to bardzo się tego wstydzę. Lecz przede wszystkim czuję się oszukaną i bardzo żałuję tego, że moje dzieciństwo i lata szkolne upłynęły w takim strasznym zakłamaniu. Ja zostałam zamknięta w betonowym blokowisku. Ja, dziecko podwórka, łąk, lasów i gościńców. Ja z tej rozbrykanej swawolnej dziewczynki, stałam się cichą, spokojną i zaczytaną w książkach uczennicą. Wprawdzie miałam jedną bardzo serdeczną koleżankę i przyjaciółkę, ale ona była słabego zdrowia i często wyjeżdżała na leczenie sanatoryjne do Rabki.
Nadszedł kres błogiego dzieciństwa. Dzwonek szkolny przeniósł mnie z matczynych kolan na ławkę szkolną. Lecz nie zakończyła się moja przyjaźń z książką. Przeciwnie umocniła się jeszcze bardziej. Teraz sama zawierałam przyjaźń z książką, która obecnie nazywała się podręcznikiem. Podręcznik uczył i wychowywał. Opowiadał już nie o rycerzach, lecz o narodowych bohaterach. Nie o królewiczach z baśniowych krain, tylko o potężnych królach, monarchach, rządzących w odległych czasach, w znanych i nie znanych mi krajach. Taka była proza codziennej szkolnej rzeczywistości. Żeby wypełnić czymś mój wolny czas i wypełnić pustkę mojego domu, rzuciłam się na czytanie książek. Dosłownie je pożerałam. Gdy mama gasiła mi światło, to zaświecałam latarkę i pod kołdrą czytałam dalej. Tak jak dawniej, będąc małym dzieckiem, spędzałam czas na podwórku, to teraz, będąc uczennicą, właściwie mieszkałam w szkolnej bibliotece. Nie zapomniałam jednak o rycerzach, smokach, królewiczach i śpiących królewnach .

Szukałam ich wszędzie na kartkach książek, wypożyczonych ze szkolnej biblioteki, lub kupionych za własne oszczędności. Odnajdywałam ich, lecz jakże odmienionych. Rycerze w lśniących stalowych zbrojach zamienili się w rycerzy i przybyszów z kosmosu, a smoki w niewyobrażalnie straszne, kosmiczne stwory. A królewny spały w hermetycznych trumnach, w bardzo niskich temperaturach, umieszczonych w kosmicznych pojazdach, pędzących po bezkresnych galaktykach. Po upływie lat, już nie jako dziecko, tylko młoda dziewczyna, na kartkach książek szukałam romantycznych kochanków lub ?Szwarcenegerów?. Gdzie jesteś teraz moja przyjaciółko. Już się nie przyjaźnimy. Ty jesteś teraz oddzielona ode mnie grubą szybą sklepowej witryny. Wyciągam do Ciebie stęsknione ramiona, ale moje dłonie nie szeleszczą. Książko byłaś kiedyś bardzo droga. Tak droga, że aż trzeba Cię było ukrzyżować i zakuć w łańcuch .Teraz nie jesteś już ukrzyżowana. Lecz dla mnie jesteś za droga. Zmieniłaś się, wypiękniałaś. Zostałaś przyodziana w barwną szatę. Staram się nie chodzić ulicami, na których mieszkasz. Wróć do mnie moja serdeczna przyjaciółko. Bardzo tęsknię za Tobą. Moja dusza jest chora...

Szkołę podstawową ukończyłam z bardzo dobrym wynikiem. Zaliczałam się do jednej z najlepszych uczennic w tej szkole. W 1960 roku zdałam pomyślnie egzaminy wstępne do Liceum Ogólnokształcącego w Jaworznie i rozpoczęłam naukę w baraku, w którym mieściło się Liceum .W jesieni tego samego roku Liceum otrzymało nowy budynek na Podwalu. I nastąpiła przeprowadzka do nowej siedziby. Pamiętam jak przenosiliśmy pomoce szkolne i wszystko to, co zdołaliśmy unieść w rękach, brnąc po błocie. Radość nasza była wielka z tego, że możemy uczyć się w pięknych, czystych, jasnych i dużych salach lekcyjnych i pracowniach. Nie kursowały autobusy komunikacji miejskiej i do szkoły szliśmy piechotą. Moja droga do Liceum trwała przeszło pół godziny. Inni uczniowie dojeżdżali z Dąbrowy i Osiedla Stałego. A nawet jedna dziewczyna z mojej klasy, dojeżdżała aż z Krzeszowic. Ja wraz z koleżankami i kolegami, którzy mieszkali na Osiedlu Kościuszki, już od Kina "Złocień" brnęliśmy jesienią i wiosną, w błocie po kostki w śniegowcach i gumiakach. Nieraz zastanawialiśmy się, kto miał taki pomysł, żeby Liceum wybudować w szczerych polach. Teraz po latach przekonałam się o tym, że plany były dobre, Liceum stoi w środku dużego osiedla.
Moimi ulubionymi przedmiotami była historia i język rosyjski. Pamiętam jak pewnego dnia w ósmej klasie dostałam dwie piątki. Jedną z języka rosyjskiego, a drugą z historii. Byłam bardzo zdziwiona, jak uczniowie z innych klas ósmych, a nawet i z dziewiątych, przychodzili do mnie i oglądali te dwie piątki w moim dzienniczku ucznia. Dopiero po kilku miesiącach nauki zrozumiałam ich zainteresowanie i ciekawość. Okazało się, że dostać piątkę z języka rosyjskiego było bardzo trudno, a z historii jeszcze trudniej. Więc dlatego te moje dwie piątki z tych dwóch przedmiotów i w jednym dniu otrzymane, wywołały takie zainteresowanie innych uczniów. Język rosyjski był moim ulubionym przedmiotem do końca nauki w Liceum.

Natomiast z historią nie miałam problemów przez trzy lata. Dopiero gdy moja mama, która sprzedawała w sklepie spożywczym i była w nim kierowniczką, naraziła się pewnego dnia żonie profesora, który uczył mnie historii, to odwróciła się moja karta. Profesor zaczął mnie gnębić i prześladować. Doprowadził do tego, że na półrocze w jedenastej klasie groziła mi z historii ocena niedostateczna. Moja wychowawczyni była bardzo tym zdziwiona, a jej zdziwienie wzrosło jeszcze bardziej, gdy profesor zaproponował mi korepetycje z historii. Nie wiem skąd miałam tyle odwagi (ale ja już mam taki charakter, że zawsze mówię to co myślę, a to już nieraz zemściło się na mnie), że na tą jego propozycję oświadczyłam, że skoro przez trzy lata miałam z historii oceny dobre i bardzo dobre, to przez te pół roku na pewno tak bardzo nie zgłupiałam, tym bardziej że jedenasta klasa, to były w większości powtórki z poprzednich klas, abym musiała brać korepetycje z tego przedmiotu. Nie wiedziałam jednej rzeczy, o której dowiedziałam się dopiero po 25 latach, że kilka osób z mojej klasy chodziło na lekcje do tamtego profesora. I z całą pewnością jakaś usłużna dusza przekazała profesorowi, to co ja odpowiedziałam mojej wychowawczyni. Ta moja odmowa bardzo rozgniewała mojego profesora i gnębienie mnie z jego strony jeszcze się nasiliło, lecz ja się nie poddawałam. Właściwie w jedenastej
klasie to ja uczyłam się tylko historii w dzień i w nocy. Profesor dopuścił mnie do matury. Lecz ja byłam wykończona i fizycznie, a przede wszystkim psychicznie. Muszę powiedzieć prawdę, że podczas egzaminu maturalnego z historii profesor mi pomógł, naprowadzając mnie na właściwą odpowiedź. Po prostu zaszczekał "hau, hau", a chodziło o Układ w Budzie. Widocznie serce mu zmiękło. Gdy profesorowie gratulowali uczniom zdania matury, to mój profesor również mi pogratulował i podając mi rękę powiedział "radzę Ci idź na historię". Chyba w tym momencie poczułam do niego największy żal. Bo jakże ja mogłam składać dokumenty na wydział historii, skoro na świadectwie maturalnym z tego przedmiotu otrzymałam ocenę zaledwie dostateczną . Złożyłam dokumenty na U.J. na filologię. Egzaminy zdałam pomyślnie i zostałam przyjęta na U.J. na Wydział Filologii Rosyjskiej. Początkowo nauka szła mi nieźle. Byłam zachwycona i rozkochana w poezji Puszkina i Lermontowa. Bardzo interesowała mnie również historia Rosji. Aż do pewnego dnia, gdy na zajęciach praktycznych z języka Rosyjskiego, podczas analizy jakiegoś opowiadania, pozwoliłam sobie na swoją osobistą ocenę i charakterystykę bohatera tego opowiadania. Moja ocena była niezgodna z obowiązującą wówczas oceną głównego bohatera przeprowadzoną z punktu widzenia go jako człowieka pracy socjalistycznej i człowieka radzieckiego. A ja podeszłam do niego po prostu jak do zwykłego człowieka, który zmuszony jest walczyć z przeciwnościami losu w w obronie swojej rodziny. Zostałam upomniana. Nie wiem co we mnie wstąpiło, być może to co dalej powiedziałam było spowodowane tym, co zobaczyłam podczas moich ostatnich wakacji spędzonych na Ukrainie u rodziny mojej mamy. Spostrzegłam, że w ZSRR to człowiek jest takim małym trybikiem wbrew temu co mówił Maksym Gorki", że człowiek to brzmi dumnie" w wielkiej machinie państwowej. A jak się zepsuje lub zużyje, to się go wyrzuca na złom, jeśli nie idzie po linii Parti.

Pani magister upominając mnie, podniosła na mnie głos i wtenczas ja zaczęłam mówić też bardzo głośno, że ja nie zmienię swojej oceny, ponieważ ja uważam, że człowiek jako rozumna istota ludzka był, jest i będzie na tej Ziemi mam taką nadzieję jedyny. Istota, która która ma i miała takie same uczucia od od zarania dziejów ludzkości, a przede wszystkim uczucia rodzicielskie, którymi się zawsze kierowała. Jeśli o mnie chodzi, to ja dzielę ludzi tylko na dobrych i na złych, no może jeszcze ze względu na kolor skóry. A takie określenie jak ?człowiek radziecki i to co się pod tym kryje uważam za jakiś sztuczny twór utworzony do propagowania praw i zasad socjalizmu i komunizmu. Pani magister mało co nie dostała apopleksji, zrobiła się czerwona jak burak i krzyczała, że to niemożliwe abym ja z takimi poglądami dostała się na ten wydział. Trzeba sprawdzić z jakiej rodziny ja pochodzę. I że ona to zrobi. Może i zrobiła, ale tam spotkało ją wielkie rozczarowanie, bo dowiedziała się, że pochodzę z rodziny robotniczo chłopskiej, a mój ojciec jest działaczem partyjnym. Po tym zachowaniu Pani magister przekonałam się, że muszę się dostosować do obowiązujących norm. W analizach utworów literackich muszę jak papuga powtarzać słowa ówczesnych krytyków literackich, którzy byli wyrocznią w tym okresie. Pomyślałam sobie dziewczyno literatura nie jest dla ciebie i swoje zainteresowania skierowałam w kierunku gramatyki języka. Jednak Pani magister nie zapomniała mojej wypowiedzi i nieraz dała mi to odczuć. Do tego doszły jeszcze powody natury całkiem osobistej. Powiedzmy, że nie darzyła mnie wielką sympatią. W trzecim semestrze uległam wypadkowi ulicznemu. Potrącił mnie samochód na na przejściu dla pieszych, koło filharmonii i straciłam przytomność. Następstwem tego był wstrząs mózgu, o którym dowiedziałam się o wiele później. Nauka zaczęła sprawiać mi trudności. Często bolała mnie głowa. Nie robiłam postępów choć bardzo się starałam, załamałam się psychicznie i oblałam końcowe egzaminy. Pani magister tylko u mnie zauważyła wyciągnięte notatki i zasady pisowni, z których to ja naprawdę nie korzystałam, tylko one wypadły mi z torby, jak się szybko rozpakowywałam, ponieważ spóźniłam się na pisemny egzamin. A to spóźnienie spowodowane było tym , że w moim mieszkaniu stanęły wszystkie zegary i nie wiedziałam która jest godzina. Pech, a może jakieś fatum. Bo przecież w życiu nigdy nie jest tak, jakby chcielibyśmy żeby było, tylko jest i będzie tak jak miało być. Tak jak zostało tam w górze zapisane. Widocznie nie było mi sądzone, abym skończyła te studia na rusycystyce, bo nie wydarzyło by się to wszystko i nie przeżyłabym tego wszystkiego, co przeznaczył mi los w moim dalszym życiu. A nazbierało się tego dość sporo. Wracając do egzaminów, Pani magister z triumfem na twarzy ze złośliwą satysfakcją kazała mi wyjść i nie kończyć już pisać. Przez to zamieszanie ze mną skorzystali inni zdający i bardzo szybko zaczęli chować swoje notatki. Ze łzami w oczach opuściłam salę egzaminacyjną. Byłam tak bardzo roztrzęsiona emocjonalnie, że nie mogłam się skupić na nauce i w końcowym rezultacie oblałam egzamin z historii literatury. Wprawdzie mówiono mi, że miałam prawo do zdawania w sesji jesiennej a Pan Profesor, który miał z nami wykłady z gramatyki rosyjskiej rozmawiał ze mną i powiedział mi, że powinnam jeszcze raz spróbować, bo on zauważył we mnie zadatki i możliwości na dobrego gramatyka i językoznawcę. Ja jednak nie wykorzystałam tej mojej szansy. Poszłam do dziekanatu, poprosiłam o skreślenie mnie z listy studentów, zabrałam ze sobą swój indeks i z bólem serca powróciłam do Jaworzna.

 


 

W bardzo krótkim czasie po powrocie przekonałam się , że ta moja decyzja była pochopna i niewłaściwa. Że w najgorszym wypadku t.j po niepowodzeniu w sesji jesiennej powinnam była znaleźć sobie jakąś pracę i pozostać w Krakowie, ponieważ w moim rodzinnym domu działo się źle. Moi rodzice żyli w separacji, chociaż mieszkali pod jednym dachem. W tym samym roku poszłam do pracy. Po dwóch latach wyszłam za mąż . Urodziłam dwoje dzieci. Po odchowaniu dzieci ponownie poszłam do pracy. W roku 1988 na skutek pogorszenia się stanu mojego zdrowia poszłam na rentę. Nawiązując jeszcze do mojej mamusi, to mogę dodać, że po raz pierwszy pojechaliśmy na Ukrainę w 1955 roku. Jechaliśmy na Warszawę i na Brześć. Ja miałam niespełna 9 lat a mój brat 15 miesięcy. Bardzo ciężko zniosłam tą podróż, ponieważ w dzieciństwie chorowałam na chorobę lokomocyjną. Nie będę opisywać wrażenia jaki wywarł na mnie ten pobyt na Ukrainie, pomiędzy tymi bardzo biednymi i zaszczutymi ludźmi, a mimo to ogromnie życzliwymi i dobrymi.
"Tak blisko granic naszego kraju żyli ludzie wygnani z europejskiego raju. W krainie zła i Wiecznej Ciemności. Bez słońca i Jutrzenki Swobody. Bez Boga, bez wolności i bez dowodów tożsamości. Bez praw i bez duszy, bo zakuto ją w kajdany. Biali Murzyni 20 wieku.
To wielka hańba dla Ciebie europejski człowieku."
Dokładnie o tych moich wizytach na Ukrainie napisałam we wspomnieniach " Za Bug i za Bugiem " Ja na Ukrainę wyjeżdżałam chyba ze 6 razy na
przestrzeni lat od 1955 do 1989 roku . W 1956 roku pojechaliśmy znowu na
Ukrainę, ale już tylko z mamą , ponieważ tatuś nie dostał zezwolenia na
wyjazd z Polski . W tym roku zobaczyłam najmłodszego brata mojej mamusi, który został zwolniony ze zesłania i przyjechał z Magadanu na Ukrainę, żeby odwiedzić i spotkać się z rodziną, a także żeby ożenić się z Ukrainką a nie z Rosjanką. Tylko ja byłam na ich weselu na Wołyniu, ponieważ mojej mamie nie wolno było opuścić miejsca pobytu. Dozwolone było tylko poruszanie się po po danym województwie (obłasti). Podczas podróży na Wołyń bardzo się bałam, gdy zobaczyłam milicjanta, żeby ten mnie nie zaaresztował, ponieważ opuściłam swoje województwo. Nie chciałam wyglądać ani pokazywać się w oknie
wagonu. Wujek zabrał swoją żonę do Magadanu. Ona była nauczycielką. Miał z nią dwoje dzieci. Jego syn podjął studia w Rydze w Instytucie Lotniczym i ożenił się z Łotyszką. Wujek zamieszkał z żoną i rodziną na Ukrainie. Dwa lata po
spotkaniu wujka po raz pierwszy, jedyny i ostatni zobaczyłam swoją babcię, która powróciła z Sybiru. Lecz ona nie mogła zrozumieć kim ja jestem, bo miała
już zaburzenia psychiczne i bez przerwy pytała moją mamusię
"kim jest ta dziewczynka", która bawi się na podwórku. Po raz ostatni byłam na Ukrainie wraz z mamą i i moimi dziećmi w sierpniu 1980 roku. Sama pojechałam tam jeszcze w kwietniu 1998 roku. Ile razy przeprowadzało się moje życie?
Przy pierwszej przeprowadzce płakało niebo i o świcie w kolczastym bólu na Ziemię spłynęło życie. Maleńkie, cichutkie, słabiutkie, owrzodzone. W słomiano - ziołowym wywarze wiejskiej baby skąpane. W pieluszki gorących modlitw matki owinięte, kłam zadało ludzkiemu zwątpieniu i śmierć zwyciężyło .
Potem popłynęło stalową drogą nad prastare nadodrzańskie ziemie i zamieszkało
w dwupiętrowym bloku. Przez 6 lat ramiona lipy i kasztanu kołysały leciutko króciutka sukieneczkę. Następna przeprowadzka do krainy węgla i stali
włożyła mu w rękę szkolną teczkę I zamieszkało w mieście kaszlącym węglowym pyłem, spowitym welonem siarkowej mgły. Lecz otrzymało od niego świadectwo dojrzałości. Na krótko zamieszkało w prastarym grodzie Kraka i zasiadło w uniwersyteckiej ławie. Potem znowu powróciło do kaszlącego miasta.
O moim pierwszym związku małżeńskim nie będę się rozpisywać. Ja mam taką naturę, że staram się nie pamiętać i szybko wymazywać z mojej pamięci wszystkie złe rzecz i zło, którego doświadczyłam w moim życiu. Nie wiem czy to jest wada, czy zaleta to zapominanie. Jednak z biegiem lat, przekonuję się, że to jest zaleta . Ja nigdy nie miałam czasu na to, by rozpamiętywać i użalać się nad sobą, gdy przychodziły ciężkie i złe chwile. Ja musiałam natychmiast zebrać się w sobie i szukać rozwiązania i sposobów wyjścia z tych sytuacji. Powiem wprost - byłam żoną alkoholika, który sam nie uważał się za takiego . Pewnego razu przypadkowo podsłuchałam rozmowę dwóch kobiet. One rozmawiały o mnie, lecz widocznie nie znały mnie osobiście, bo nie peszyła je moja obecność . Kobiety mówiły, że bardzo dziwią się temu że moi rodzice wyrazili zgodę na to, bym zawarła związek małżeński z tym mężczyzną i weszła do jego rodziny. Mnie taką kruchą, delikatną i subtelna osobę on zniszczy.
I wtenczas postanowiłam, że nie dam się zniszczyć. Znosiłam wulgarne słowa i obelgi jakie stosował mój mąż odnośnie mnie. Znosiłam przemoc fizyczną. A także nocne przesłuchania w stylu Urzędu Bezpieczeństwa z ostrą żarówką świecącą w oczy. Nie powiem, że nie miałam chwil zwątpienia i załamania. Owszem dwa razy miałam myśli samobójcze. Raz to już znalazłam żyletkę i chciałam sobie podciąć żyły, gdy nagle ktoś zadzwonił do drzwi i okazało się, że to mój syn wcześniej przyjechał z kolonii. Nie mogłam tego przy nim zrobić. Drugim razem też mi coś przeszkodziło. Nie pamiętam już co to było. Na skutek tych przeżyć i stresów nabawiłam się nerwicy serca i z tej przyczyny w roku 1988 znalazłam się na rencie inwalidzkiej. Zakfalifikowano mnie do III grupy i otrzymałam rentę w wysokości. 370 zł. Pewnego ranka po takim nocnym przesłuchaniu, które urozmaicone było kilkakrotnym uderzeniem mnie w twarz. Postanowiłam, że miarka się przebrała i nie pozwolę więcej na znęcanie się nade mną. Wolę uschnąć i zdechnąć pod płotem jak ta koza, tak mówił mój mąż, niż dłużej przebywać z nim pod jednym dachem. W lokalnej gazecie znalazłam ogłoszenie, że ktoś w prywatnym domu wynajmie pokój z dostępem do kuchni i łazienki, tylko za opłatą czynszu. Poszłam pod wskazany adres i załatwiłam sobie ten wynajem. Pakowałam się bardzo szybko, zabierając przede wszystkim w pierwszej kolejności moje książki, wiersze i notatki. Bo gdybym je zostawiła, to zostały by one natychmiast potargane przez mojego męża. A na nich mi najbardziej zależało. One uniknęły zniszczenia, lecz mój małżonek wyżył się na mojej garderobie. Pociął mi moje bluzki i spódniczki. Myślałam, że serce pęknie mi z bólu, gdy opuszczałam nasze mieszkanie. Bo była to dokładnie 30 rocznica naszego ślubu, a 53 moich urodzin. Głodowałam, bo po zapłaceniu czynszu na jedzenie zostawało mi na miesiąc tylko 23 zł. Bardzo schudłam i opadałam z sił. Po pół roku tej wegetacji, pewnego rana zadzwonił telefon i mój syn oznajmił mi, że tata popelnił samobójstwo. Rzucił się w kamieniołomach w dół. Po nim otrzymałam rentę rodzinną, ale oddziedziczyłam również i jego długi a także i pożyczki, jakie zaciągnął u obcych ludzi. Musiałam to wszystko spłacać. Pewnego razu, gdy byłam już u kresu wytrzymałość ci poszłam na cmentarz i modliłam się na robie mojego ojca do Pana Boga, że ja już nie chcę tak dłużej żyć. Niech weźmie mnie do siebie, albo niech coś uczyni, aby poprawiło się moje życie. Modliłam się również do mojego Anioła Stróża, prosząc go o pomoc. I to właśnie On sprawił, że, spotkałam mojego drugiego męża.

WCIELENIE
Krzyk szeptu moich modlitw. Sprowadził Cię na Ziemię.
Dotknąłeś jej ! I dla mnie swoje opiekuńcze skrzydła.
Przemieniłeś w klatkę męskich ramion .
Mój Aniele.
Spójrz ! Jak uskrzydlone serca .
Przefruwają z jednej dłoni do drugiej.
Uwiezione miłością w dwóch pasujących połówkach jabłka .
Dziękuję Ci mój stróżu.

Żyliśmy szczęśliwie przez 10 lat. Nie powiem, że nasze życie było usłane różami. O nie. Ja spłacałam swoje kredyty, a on swoje. Lecz wszystkie troski i zmartwienia dzieliliśmy na pół. Lecz przyszła ciężka choroba męża. Potrzeba było dużo pieniędzy na jego i moje lekarstwa. Musieliśmy sprzedać mieszkanie. I od tamtej chwili rozpoczęła się nasza tułaczka po wynajmach. On chorował obłożnie prawie 2 lata. Nie chciał wynająć żadnej pielęgniarki, tylko chciał abym ja się nim opiekowała. Musiałam nauczyć się dawać zastrzyki do brzucha, podawać tlen, karmić go i wykonywać wiele innych zabiegów pielęgnacyjnych. Pod koniec czerwca zasłabł w domu i pogotowie zawiozło go do szpitala. Ustała akcja serca. Przywrócili go do życia i na 19 dni wprowadzili w śpiączkę farmakologiczną. Był zaintubowany i miał założony dren do płuc. Był przytomny, wszystko rozumiał, tylko nie mógł mówić. Pewnego razu zauważyłam, że stara się ze wszystkich sił coś powiedzieć. Pomyślałam sobie, że może mógłby coś napisać. Miałam przy sobie tylko jakąś starą kopertę. Podałam mu ją, a w jego dłoń wsadziłam długopis. I wtenczas on drżącą ręką napisał na kopercie moje imię. I to była ostatnia wiadomość od niego jaką mi pozostawił. Po tygodniu zmarł. Tą kopertę noszę przy sobie w torebce. I gdy patrzę na te litery napisane drżącą ręką, często płaczę. Mąż leżał w szpitalu 52 dni. Codziennie byłam u niego. Od dzieci mojego męża nie usłyszałam ani raz słowa ?dziękuję" za opiekę nad ich ojcem. A wprost przeciwnie po pogrzebie miały tylko pretensje i wysuwały nieuzasadnione żądania odnośnie mojej osoby. Bardzo bolało mnie serce z powodu tej niewdzięczności. Byłam bliska załamania. Miałam znów myśli samobójcze. Jednak się przemogłam. Musiałam zmienić mieszkanie na mniejsze. Mam teraz 1 pokój i ślepą kuchnię. Po zapłaceniu rat kredytów, czynszu i odstępnego za mieszkanie, na jedzenie pozostaje mi tylko 100 złotych. To nie jest dużo , ale i tak prawie 4 razy więcej niż miałam 10 lat temu. Jest mi ciężko. Schudłam już 20 kilogramów. Jednak nie załamuję się i nie tracę nadziei. Nadal wierzę, że kiedyś odnajdę arkadyjską łąkę ze źródełkiem szczęścia. Napiję się z niego i zatańczę w fontannie perlistego śmiechu.
Jutro Wigilia. Spędzę ją samotnie.

 

Zaloguj się, by skomentować
Powrót na górę

Instytucje miejskie

Kultura

Polskie portale

INSTYTUCJE

Miasta różne

Follow Us