Menu
reklama

Opowiadanie pełne wzruszeń i dramatów - Anna Losyna - Loki guzy i siniaki

 

Gdy przeczytane książki lub książkę znałam już na pamięć, to zapraszałam swoje koleżanki i kolegów z podwórka do mojego mieszkania, albo gdy było ciepło to siadywaliśmy na schodkach przed wejściem. Mówiłam, że ja teraz będę nauczycielką i będę im czytać książki.

Gdy była niepogoda, to myszkowaliśmy po piwnicach. Ile tam było różnych ciekawych rzeczy. Stare sprzęty, meble i książki. A raz w jednej z nich ja znalazłam szablę w pięknej pozłacanej pochwie i krótki sztylet z pięknym ornamentem na rękojeści. Pochwaliłam się tym znaleziskiem dorosłej osobie i mi je zabrano, mówiąc ? żebym nie zrobiła sobie jakiejś krzywdy. Było mi bardzo smutno i żal tego mojego trofeum.
Pewnego razu tatuś przyjechał i powiedział, że dostał nakaz pracy do Jaworzna. Moja mamusia bardzo dbała o meble, sprzęty, naczynia i porcelanowe figurki, które były pięknie malowane i zdobione złotem. Nieraz, gdy brała je do ręki myła i wycierała, to mówiła do mnie ? córeczko one nie są moje, za nimi na pewno płacze i tęskni jakaś Niemka i jej córeczka. I my ich nie zabierzemy ze sobą. Mamusia, za zarobione przez nią w sklepie pieniądze kupiła od kogoś nowe, inne meble. Z tych mebli z mieszkania zatrzymała tylko piękne, duże, metalowe na biało pomalowane łóżeczko i na moją prośbę także stojące duże lustro na grubych nogach, które się tak ładnie huśtało.
aniollokiguzy CustomI duży obraz, na którym mały chłopczyk i mała dziewczynka szli po kładce, a za nimi szedł piękny anioł z dużymi skrzydłami. Ten obraz wisiał nad łóżeczkiem, a ja się do niego modliłam, co wieczór i prosiłam Bozię o małego braciszka. Miałam 6 lat gdy znowu wyruszyliśmy w podróż. Dwa tygodnie przed wyjazdem rodzice nadali na bagaż swoje meble i koguta. Gdy przyjechaliśmy do Jaworzna, to ja w miejscu późniejszego zamieszkania, utopiłam kapcia w błocie i tatuś musiał mnie nieść na barana. Zamieszkaliśmy na Osiedlu Górniczym w blokach w pustym dwupokojowym mieszkaniu. Pustym bez mebli, ponieważ wagon z meblami przyszedł dopiero po dwóch tygodniach. Na szczęście nie brakowało niczego i nawet kogut był żywy, bo dziadek zaopatrzył go w wodę i ziarno. Moi rodzice bardzo się ucieszyli i zaraz pozwracali ludziom, bardzo im dziękując, pożyczone od nich stołki, poduszki i koce. Chyba po roku rodzice otrzymali nowe większe trzypokojowe mieszkanie.
Ja zaczęłam uczęszczać do szkoły podstawowej. Była to Szkoła Nr. 1. Naukę rozpoczęłam w w jej starej siedzibie t.j naulicy Mickiewicza. Tam też w tym budynku szkoły odbyła się akademia ku czci śmierci Józefa Stalina. Bardzo byłam wzruszona tą wielką żałobą, po tym ?ojcu narodu" i przyjacielu dzieci. Płakałam i kazałam powiesić sobie w pokoiku, jego portret z żałobną wstążką. Teraz gdy o tym pomyślę, to bardzo się tego wstydzę. Lecz przede wszystkim czuję się oszukaną i bardzo żałuję tego, że moje dzieciństwo i lata szkolne upłynęły w takim strasznym zakłamaniu. Ja zostałam zamknięta w betonowym blokowisku. Ja, dziecko podwórka, łąk, lasów i gościńców. Ja z tej rozbrykanej swawolnej dziewczynki, stałam się cichą, spokojną i zaczytaną w książkach uczennicą. Wprawdzie miałam jedną bardzo serdeczną koleżankę i przyjaciółkę, ale ona była słabego zdrowia i często wyjeżdżała na leczenie sanatoryjne do Rabki.
Nadszedł kres błogiego dzieciństwa. Dzwonek szkolny przeniósł mnie z matczynych kolan na ławkę szkolną. Lecz nie zakończyła się moja przyjaźń z książką. Przeciwnie umocniła się jeszcze bardziej. Teraz sama zawierałam przyjaźń z książką, która obecnie nazywała się podręcznikiem. Podręcznik uczył i wychowywał. Opowiadał już nie o rycerzach, lecz o narodowych bohaterach. Nie o królewiczach z baśniowych krain, tylko o potężnych królach, monarchach, rządzących w odległych czasach, w znanych i nie znanych mi krajach. Taka była proza codziennej szkolnej rzeczywistości. Żeby wypełnić czymś mój wolny czas i wypełnić pustkę mojego domu, rzuciłam się na czytanie książek. Dosłownie je pożerałam. Gdy mama gasiła mi światło, to zaświecałam latarkę i pod kołdrą czytałam dalej. Tak jak dawniej, będąc małym dzieckiem, spędzałam czas na podwórku, to teraz, będąc uczennicą, właściwie mieszkałam w szkolnej bibliotece. Nie zapomniałam jednak o rycerzach, smokach, królewiczach i śpiących królewnach .

Szukałam ich wszędzie na kartkach książek, wypożyczonych ze szkolnej biblioteki, lub kupionych za własne oszczędności. Odnajdywałam ich, lecz jakże odmienionych. Rycerze w lśniących stalowych zbrojach zamienili się w rycerzy i przybyszów z kosmosu, a smoki w niewyobrażalnie straszne, kosmiczne stwory. A królewny spały w hermetycznych trumnach, w bardzo niskich temperaturach, umieszczonych w kosmicznych pojazdach, pędzących po bezkresnych galaktykach. Po upływie lat, już nie jako dziecko, tylko młoda dziewczyna, na kartkach książek szukałam romantycznych kochanków lub ?Szwarcenegerów?. Gdzie jesteś teraz moja przyjaciółko. Już się nie przyjaźnimy. Ty jesteś teraz oddzielona ode mnie grubą szybą sklepowej witryny. Wyciągam do Ciebie stęsknione ramiona, ale moje dłonie nie szeleszczą. Książko byłaś kiedyś bardzo droga. Tak droga, że aż trzeba Cię było ukrzyżować i zakuć w łańcuch .Teraz nie jesteś już ukrzyżowana. Lecz dla mnie jesteś za droga. Zmieniłaś się, wypiękniałaś. Zostałaś przyodziana w barwną szatę. Staram się nie chodzić ulicami, na których mieszkasz. Wróć do mnie moja serdeczna przyjaciółko. Bardzo tęsknię za Tobą. Moja dusza jest chora...

Szkołę podstawową ukończyłam z bardzo dobrym wynikiem. Zaliczałam się do jednej z najlepszych uczennic w tej szkole. W 1960 roku zdałam pomyślnie egzaminy wstępne do Liceum Ogólnokształcącego w Jaworznie i rozpoczęłam naukę w baraku, w którym mieściło się Liceum .W jesieni tego samego roku Liceum otrzymało nowy budynek na Podwalu. I nastąpiła przeprowadzka do nowej siedziby. Pamiętam jak przenosiliśmy pomoce szkolne i wszystko to, co zdołaliśmy unieść w rękach, brnąc po błocie. Radość nasza była wielka z tego, że możemy uczyć się w pięknych, czystych, jasnych i dużych salach lekcyjnych i pracowniach. Nie kursowały autobusy komunikacji miejskiej i do szkoły szliśmy piechotą. Moja droga do Liceum trwała przeszło pół godziny. Inni uczniowie dojeżdżali z Dąbrowy i Osiedla Stałego. A nawet jedna dziewczyna z mojej klasy, dojeżdżała aż z Krzeszowic. Ja wraz z koleżankami i kolegami, którzy mieszkali na Osiedlu Kościuszki, już od Kina "Złocień" brnęliśmy jesienią i wiosną, w błocie po kostki w śniegowcach i gumiakach. Nieraz zastanawialiśmy się, kto miał taki pomysł, żeby Liceum wybudować w szczerych polach. Teraz po latach przekonałam się o tym, że plany były dobre, Liceum stoi w środku dużego osiedla.
Moimi ulubionymi przedmiotami była historia i język rosyjski. Pamiętam jak pewnego dnia w ósmej klasie dostałam dwie piątki. Jedną z języka rosyjskiego, a drugą z historii. Byłam bardzo zdziwiona, jak uczniowie z innych klas ósmych, a nawet i z dziewiątych, przychodzili do mnie i oglądali te dwie piątki w moim dzienniczku ucznia. Dopiero po kilku miesiącach nauki zrozumiałam ich zainteresowanie i ciekawość. Okazało się, że dostać piątkę z języka rosyjskiego było bardzo trudno, a z historii jeszcze trudniej. Więc dlatego te moje dwie piątki z tych dwóch przedmiotów i w jednym dniu otrzymane, wywołały takie zainteresowanie innych uczniów. Język rosyjski był moim ulubionym przedmiotem do końca nauki w Liceum.

Natomiast z historią nie miałam problemów przez trzy lata. Dopiero gdy moja mama, która sprzedawała w sklepie spożywczym i była w nim kierowniczką, naraziła się pewnego dnia żonie profesora, który uczył mnie historii, to odwróciła się moja karta. Profesor zaczął mnie gnębić i prześladować. Doprowadził do tego, że na półrocze w jedenastej klasie groziła mi z historii ocena niedostateczna. Moja wychowawczyni była bardzo tym zdziwiona, a jej zdziwienie wzrosło jeszcze bardziej, gdy profesor zaproponował mi korepetycje z historii. Nie wiem skąd miałam tyle odwagi (ale ja już mam taki charakter, że zawsze mówię to co myślę, a to już nieraz zemściło się na mnie), że na tą jego propozycję oświadczyłam, że skoro przez trzy lata miałam z historii oceny dobre i bardzo dobre, to przez te pół roku na pewno tak bardzo nie zgłupiałam, tym bardziej że jedenasta klasa, to były w większości powtórki z poprzednich klas, abym musiała brać korepetycje z tego przedmiotu. Nie wiedziałam jednej rzeczy, o której dowiedziałam się dopiero po 25 latach, że kilka osób z mojej klasy chodziło na lekcje do tamtego profesora. I z całą pewnością jakaś usłużna dusza przekazała profesorowi, to co ja odpowiedziałam mojej wychowawczyni. Ta moja odmowa bardzo rozgniewała mojego profesora i gnębienie mnie z jego strony jeszcze się nasiliło, lecz ja się nie poddawałam. Właściwie w jedenastej
klasie to ja uczyłam się tylko historii w dzień i w nocy. Profesor dopuścił mnie do matury. Lecz ja byłam wykończona i fizycznie, a przede wszystkim psychicznie. Muszę powiedzieć prawdę, że podczas egzaminu maturalnego z historii profesor mi pomógł, naprowadzając mnie na właściwą odpowiedź. Po prostu zaszczekał "hau, hau", a chodziło o Układ w Budzie. Widocznie serce mu zmiękło. Gdy profesorowie gratulowali uczniom zdania matury, to mój profesor również mi pogratulował i podając mi rękę powiedział "radzę Ci idź na historię". Chyba w tym momencie poczułam do niego największy żal. Bo jakże ja mogłam składać dokumenty na wydział historii, skoro na świadectwie maturalnym z tego przedmiotu otrzymałam ocenę zaledwie dostateczną . Złożyłam dokumenty na U.J. na filologię. Egzaminy zdałam pomyślnie i zostałam przyjęta na U.J. na Wydział Filologii Rosyjskiej. Początkowo nauka szła mi nieźle. Byłam zachwycona i rozkochana w poezji Puszkina i Lermontowa. Bardzo interesowała mnie również historia Rosji. Aż do pewnego dnia, gdy na zajęciach praktycznych z języka Rosyjskiego, podczas analizy jakiegoś opowiadania, pozwoliłam sobie na swoją osobistą ocenę i charakterystykę bohatera tego opowiadania. Moja ocena była niezgodna z obowiązującą wówczas oceną głównego bohatera przeprowadzoną z punktu widzenia go jako człowieka pracy socjalistycznej i człowieka radzieckiego. A ja podeszłam do niego po prostu jak do zwykłego człowieka, który zmuszony jest walczyć z przeciwnościami losu w w obronie swojej rodziny. Zostałam upomniana. Nie wiem co we mnie wstąpiło, być może to co dalej powiedziałam było spowodowane tym, co zobaczyłam podczas moich ostatnich wakacji spędzonych na Ukrainie u rodziny mojej mamy. Spostrzegłam, że w ZSRR to człowiek jest takim małym trybikiem wbrew temu co mówił Maksym Gorki", że człowiek to brzmi dumnie" w wielkiej machinie państwowej. A jak się zepsuje lub zużyje, to się go wyrzuca na złom, jeśli nie idzie po linii Parti.

Pani magister upominając mnie, podniosła na mnie głos i wtenczas ja zaczęłam mówić też bardzo głośno, że ja nie zmienię swojej oceny, ponieważ ja uważam, że człowiek jako rozumna istota ludzka był, jest i będzie na tej Ziemi mam taką nadzieję jedyny. Istota, która która ma i miała takie same uczucia od od zarania dziejów ludzkości, a przede wszystkim uczucia rodzicielskie, którymi się zawsze kierowała. Jeśli o mnie chodzi, to ja dzielę ludzi tylko na dobrych i na złych, no może jeszcze ze względu na kolor skóry. A takie określenie jak ?człowiek radziecki i to co się pod tym kryje uważam za jakiś sztuczny twór utworzony do propagowania praw i zasad socjalizmu i komunizmu. Pani magister mało co nie dostała apopleksji, zrobiła się czerwona jak burak i krzyczała, że to niemożliwe abym ja z takimi poglądami dostała się na ten wydział. Trzeba sprawdzić z jakiej rodziny ja pochodzę. I że ona to zrobi. Może i zrobiła, ale tam spotkało ją wielkie rozczarowanie, bo dowiedziała się, że pochodzę z rodziny robotniczo chłopskiej, a mój ojciec jest działaczem partyjnym. Po tym zachowaniu Pani magister przekonałam się, że muszę się dostosować do obowiązujących norm. W analizach utworów literackich muszę jak papuga powtarzać słowa ówczesnych krytyków literackich, którzy byli wyrocznią w tym okresie. Pomyślałam sobie dziewczyno literatura nie jest dla ciebie i swoje zainteresowania skierowałam w kierunku gramatyki języka. Jednak Pani magister nie zapomniała mojej wypowiedzi i nieraz dała mi to odczuć. Do tego doszły jeszcze powody natury całkiem osobistej. Powiedzmy, że nie darzyła mnie wielką sympatią. W trzecim semestrze uległam wypadkowi ulicznemu. Potrącił mnie samochód na na przejściu dla pieszych, koło filharmonii i straciłam przytomność. Następstwem tego był wstrząs mózgu, o którym dowiedziałam się o wiele później. Nauka zaczęła sprawiać mi trudności. Często bolała mnie głowa. Nie robiłam postępów choć bardzo się starałam, załamałam się psychicznie i oblałam końcowe egzaminy. Pani magister tylko u mnie zauważyła wyciągnięte notatki i zasady pisowni, z których to ja naprawdę nie korzystałam, tylko one wypadły mi z torby, jak się szybko rozpakowywałam, ponieważ spóźniłam się na pisemny egzamin. A to spóźnienie spowodowane było tym , że w moim mieszkaniu stanęły wszystkie zegary i nie wiedziałam która jest godzina. Pech, a może jakieś fatum. Bo przecież w życiu nigdy nie jest tak, jakby chcielibyśmy żeby było, tylko jest i będzie tak jak miało być. Tak jak zostało tam w górze zapisane. Widocznie nie było mi sądzone, abym skończyła te studia na rusycystyce, bo nie wydarzyło by się to wszystko i nie przeżyłabym tego wszystkiego, co przeznaczył mi los w moim dalszym życiu. A nazbierało się tego dość sporo. Wracając do egzaminów, Pani magister z triumfem na twarzy ze złośliwą satysfakcją kazała mi wyjść i nie kończyć już pisać. Przez to zamieszanie ze mną skorzystali inni zdający i bardzo szybko zaczęli chować swoje notatki. Ze łzami w oczach opuściłam salę egzaminacyjną. Byłam tak bardzo roztrzęsiona emocjonalnie, że nie mogłam się skupić na nauce i w końcowym rezultacie oblałam egzamin z historii literatury. Wprawdzie mówiono mi, że miałam prawo do zdawania w sesji jesiennej a Pan Profesor, który miał z nami wykłady z gramatyki rosyjskiej rozmawiał ze mną i powiedział mi, że powinnam jeszcze raz spróbować, bo on zauważył we mnie zadatki i możliwości na dobrego gramatyka i językoznawcę. Ja jednak nie wykorzystałam tej mojej szansy. Poszłam do dziekanatu, poprosiłam o skreślenie mnie z listy studentów, zabrałam ze sobą swój indeks i z bólem serca powróciłam do Jaworzna.

 


Zaloguj się, by skomentować
Powrót na górę

Instytucje miejskie

Kultura

Polskie portale

INSTYTUCJE

Miasta różne

Follow Us