Menu
reklama

Opowiadanie pełne wzruszeń i dramatów - Anna Losyna - Loki guzy i siniaki


Pamiętam jak pewnej niedzieli, pięknie wystrojona wybiegłam na podwórko i gdy oczekiwanie na moją mamę przedłużało się, postanowiłam, że pójdę na łąkę za blokiem i tam będę nad rzeczką łowić ryby. Rzeczka to był dość szeroki ale nie głęboki rów. Tym rowem płynęły ścieki z pobliskich zakładów chemicznych. Woda w tej rzeczce była bardzo brudna, kolorowa, tłusta i strasznie śmierdząca. Usiadłam na brzegu, wzięłam jakiś patyk i próbowałam wyłowić stary kalosz. Kalosz nabrał wody i pociągnął mnie w dół. Zjechałam na pupie do wody i zanurzyłam się aż po pachy . Nie wiem czym by to się skończyło gdyby nie pomoc jakichś starszych ludzi, którzy szli do ogródków działkowych. Wyciągnęli mnie z tej kloaki i zaprowadzili do domu. Moja biedna mama    oczywiście musiała zrezygnować z niedzielnego spaceru i trzy razy musiała zmieniać wodę w emaliowanej bali, zanim mnie domyła. Ubranie strasznie śmierdziało i trzeba było je po prostu wyrzucić. A mama bardzo zdenerwowana zagroziła mi, że jak jeszcze raz zrobię coś takiego, to ona wsadzi mnie do kociołka, który był na piecu i zagotuje mnie wraz z wodą. Bardzo się przestraszyłam i już nigdy więcej nie próbowałam łowić żadnych ryb.

Byłam takim podwórkowym prowodyrem i inicjatorem różnych zabaw. Obok naszego bloku była gazownia. A przy niej bardzo wysoki zbiornik, a na nim umieszczone były metalowe uchwyty, dość szerokie i w niewielkich odstępach. Tworzyły jakby rodzaj drabiny. Wpadłam na pomysł, że wyspinamy się na ten zbiornik, będziemy bliżej nieba , poczujemy się jak ptaki i jak jak piloci w samolocie. Ja w tym wieku marzyłam o tym by w przyszłości zostać pilotem. Moim kolegom spodobał się ten pomysł i zaczęliśmy się wspinać. Ja oczywiście byłam na przodzie. Wspinając się nie oglądałam się za siebie i na swoich kolegów, tylko od czasu do czasu, łypałam okiem raz na prawo, raz na lewo i podziwiałam, jak to, co znajdowało się na ziemi, wygląda z góry. Czułam się jak ptak. Dotarłam na samą górę, odwróciłam się, usiadłam i wtedy dopiero zobaczyłam, że moi koledzy są prawie na samym dole. W pierwszej chwili ogarnęła mnie złość i zaczęłam krzyczeć na nich i ich ponaglać aby wspinali się wyżej. Jednak po chwili, gdy rozejrzałam się wokół, wyciągnęłam ręce do nieba i spojrzałam w dół, zaczęło się dziać ze mną coś dziwnego. Poczułam straszny ból głowy, przed oczami zrobiło mi się ciemno, zaczęło brakować mi tchu. Kurczowo uchwyciłam się poręczy i z zamkniętymi oczami aby nie widzieć wirującej ziemi, trwałam tak w bez ruchu, dłuższą chwilę. Zaniepokojeni tym moim dziwnym zachowaniem współtowarzysze wspinaczki, zaczęli wołać do mnie abym zeszła do nich.

A ja nie mogłam się poruszyć, czułam się jak sparaliżowana strachem i wiedziałam, że jak się ruszę, to spadnę. I chyba po raz pierwszy poczułam się bezradna i przestraszona. Rozpłakałam się jak jakaś beksa i szlochając zaczęłam prosić moich kolegów, aby sprowadzili jakąś pomoc. Oni zaskoczeni tym co widzą, a przede wszystkim  tym, co słyszą, a mianowicie, że po raz pierwszy, słyszą mnie płaczącą, szybko pobiegli szukać jakiejś dorosłej osoby. Po niedługim czasie, który dla mnie wydawał się bardzo długim, usłyszałam, że ktoś wspina się do góry. Nagle czyjeś mocne ramiona pochwyciły mnie, a głos poprosił abym objęła go za szyję Uczyniłam to natychmiast i całym ciałem przywarłam do klatki jakiegoś młodego mężczyzny. Zaczęliśmy schodzić  w dół. Ja  przez cały czas byłam przyklejona do niego i miałam zamknięte oczy. I w taki można by rzec tragiczny sposób dowiedziałam się że mam lęk wysokości i cierpię na chorobę tak zwaną  lokomocyjną, która to objawiała się między innymi i tym, że nie mogłam huśtać się na huśtawce ani kręcić na karuzeli, nie mówiąc już o jeździe środkami lokomocji. Nawet jazda bryczką, którą niekiedy przewoził nas tata jednej koleżanki, wywoływały u mnie zawroty głowy i powodowały wymioty. Zazdrościłam innym dzieciom zabaw na huśtawce i jazdy na karuzeli. Tak bardzo chciałam być silna, a w rzeczywistości miałam bardzo słaby organizm.

W dzieciństwie przeszłam prawie wszystkie choroby wieku dziecięcego, no może z wyjątkiem Hainego Medina, ale gdy miałam 7 lat zachorowałam na zapalenie opon mózgowych. Pamiętam jak przychodził do mnie lekarz w wojskowym mundurze i dawał mi zastrzyki. A ja miałam temperaturę powyżej 40 stopni i -wydawało mi się, że ściany i szaty idą do mnie i chcą mnie zadusić. Krzyczałam z przerażenia, a mamusia na łyżeczce z kroplą porzeczkowego kompotu podawała mi jakieś lekarstwo. Do tej pory w kompocie porzeczkowym czuję jego zapach i gorzki smak nie piję porzeczkowego kompotu. Ten lęk wysokości i choroba lokomocyjna zabiły we mnie marzenia o tym, by zostać pilotem . Pomyślałam, że muszę sobie znaleźć jakiś bardziej przyziemny zawód. I znalazłam. Postanowiłam w przyszłości zostać nauczycielką. Ta przygoda na zbiorniku gazowni nie zniechęciła mnie do wspinaczek. Wprawdzie nie były już one na tak dużej wysokości, ale jednak były, a jedna z nich zakończyła się dla mnie bardzo boleśnie . Wyspinałam się na bardzo wąski zmurszały mur i udawałam, że spaceruję jak cyrkowiec po linie. Cegła w murze się obsunęła, a ja prawie że z połową muru, który runął wpadłam w bardzo wysokie pokrzywy.

A byłam ubrana tylko w krótkie majteczki, bo wcześniej się porozbierałam z tej mojej sukieneczki z falbankami, ponieważ było mi gorąco. Uległam strasznemu poparzeniu na całym ciele, nawet i na twarzy, bo poleciałam głową w dół. Rozbiłam nos i czoło, a bąble, które mi momentalnie powyskakiwały, piekły przeokropnie. Dobrze, że po drugiej stronie ulicy były zakłady chemiczne i był w nich lekarz, który udzielił mi pierwszej pomocy i wysmarował mnie jakimiś maściami. Trochę mi to pomogło, ale ból i pieczenie całkiem nie ustąpiły i przepłakałam całą noc. Od tamtej pory pokrzywy omijałam z daleka i bardzo się dziwiłam , że te pokrzywy siekano dużym nożem i wrzucano je do koryta, w którym podawano jedzenie świnkom. Świnki zajadały się z apetytem, mlaskały głośno i nie było widać, aby je coś piekło i parzyło.

Niekiedy przychodziła mi ochota, aby spróbować, ale strach przed poparzeniem był zbyt wielki i zaniechałam tego mojego pomysłu. Chyba po trzech latach pracy tatuś został wydelegowany na naukę do Technikum Chemicznego w Gliwicach, a mamusia poszła do pracy. Pracowała jako sprzedawczyni w sklepie. Pracowała nieraz cały dzień, a mnie z przedszkola odbierali obcy ludzie i u nich przebywałam, czekając na jej powrót. Tym nieszczęśnikom również nieraz dałam się we znaki. Pamiętam jak raz u pewnego Państwa, którzy mieli piękne, duże mieszkanie z bardzo dużym       i długim przedpokojem, w którym na długości całej ściany i prawie sięgając do sufitu, znajdowała się meblościanka - wieszak z bardzo długą poręczą, na której wieszane były parasolki.

Gdy już setnie się wynudziłam, słuchając tyrad starszej Pani na temat, jak to powinna zachowywać się mała, grzeczna dziewczynka, poszłam do tego przedpokoju i postanowiłam pohuśtać się na tej poręczy i zrobić kilka  fikołków. Dobrze, że jej mąż, który był wysokim, postawnym mężczyzną, właśnie w tej samej chwili wchodził do domu i zdołał uchwycić, spadającą, urywającą się wraz z hakami meblościankę i przyjąć na swoją klatkę cały jej ciężar. A ja, jak ten przestraszony mały kociak, wygramoliłam się spod sterty ubrań i uciekłam na podwórko. Nietrudno się domyśleć, że    po tym incydencie moja biedna mamusia musiała szukać dla mnie innych opiekunów.

Tym następnym też dałam w kość i napędziłam im strachu. A rzecz miała się tak. Ja bardzo lubiłam psy. I obojętne mi było, czy to były małe, czy duże psy.

Podchodziłam do nich z ufnością i wyciągałam do nich rękę i ich głaskałam. Pewnego razu, będąc na spacerze z tym Państwem, zobaczyłam budę, a  przy niej pieska z małymi szczeniaczkami. Zanim starsi Państwo zdążyli zareagować, ja podbiegłam do budy i chciałam pogłaskać szczeniaczki. Suczka, bojąc się o swoje młode w ich obronie, rzuciła się na mnie i zanim starsi Państwo zdążyli dobiec i odciągnąć ją ode mnie, ona zdążyła mnie dotkliwie pogryźć. Musiałam brać surowicę w zastrzykach. Zastrzyki były bardzo bolesne i dostawałam je do brzucha. To zajście nie zniechęciło mnie do przyjaźni z pieskami, ale już nigdy więcej nie podchodziłam do suczki z małymi  szczeniaczkami.

Jednak największą traumę z mojego powodu przeżyli trzeci Państwo, którzy się mną zajmowali. W pobliżu mojego przedszkola był piękny park z dwoma stawami. Spacerowałam z moimi opiekunami nad tymi stawami, gdy w pewnej chwili podeszli do nich jacyś ich znajomi i zaczęli rozmawiać ze sobą. Rozmowa się przedłużała, a ja znudzona, poprosiłam Państwa abym mogła pobiec za zakręt, bo tam pływają kaczki i gęsi - będę ich karmić chlebkiem, którego kawałeczki i okruszki zawsze miałam w kieszeni fartuszka. Gdy skończył mi się chlebek i nakarmiłam już ptactwo, a sama również poczułam głód i pragnienie, a moi opiekunowie się nie   zjawiali, postanowiłam, że pójdę do znajomej mojej mamusi, która mieszkała w pobliżu parku. I tak zrobiłam. Gdy moi opiekunowie przyszli za zakręt i zobaczyli, że mnie tam nie ma, kilka razy obiegli te stawy i nie znajdując mnie nigdzie na brzegu, zawiadomili milicję, a ta straż pożarną i nurków. Nurkowie przeszukiwali stawy, a gdy mnie nie znaleziono, postanowiono zawiadomić o tym co się wydarzyło, moją biedną mamę. Mamusia była przerażona i szlochając mówiła, że  ja po tym nieszczęsnym  łowieniu ryb w cuchnącym rowie, przyrzekłam jej, że nie będę już zbliżać się i wchodzić do żadnej wody i na pewno tego nie zrobiłam. Należy mnie szukać nie w stawach, ale gdzieś u jakichś naszych znajomych, których z całą pewnością postanowiłam odwiedzić. Poruszone było całe miasteczko, tym bardziej że rok temu w jednym ze stawów, utonęło dwoje dzieci, chłopczyk i dziewczynka. Gdy ich wydobyto, to mocno trzymali się za ręce.

Byłam na ich pogrzebie i pamiętam te dwie małe, białe trumienki i straszny szloch i rozpacz ich rodziców. Szukano mnie w wielu domach. Poszukiwania przeciągnęły się aż do wieczora. Dopiero gdy już zapadała noc, mamusia przypomniała sobie, że kiedyś przyprowadzała mnie z przedszkola do niej, do pracy, pewna młoda dziewczyna, a ona mieszka nie daleko parku. Tylko mamusia nie mogła uwierzyć, abym mogła zapamiętać jej adres, ponieważ byłam tam u niej razem z mamą tylko jeden raz. Okazało się, że jednak zapamiętałam i siedziałam u tej dziewczyny, spokojnie zajadając się ciasteczkami i pijąc kompot z dyni, który bardzo lubiłam. Moi opiekunowie oczywiście zrezygnowali i odmówili mojej mamie dalszej opieki nad jej córeczką, która swoim wyczynem doprowadziła do palpitacji serca u starszej Pani. Moja biedna mama była zrozpaczona i już myślała o porzuceniu pracy, gdy nagle całkiem niespodziewanie zjawił się u nas mój dziadek, ojciec mojego taty, który powrócił z robót w Austrii. I to teraz na dziadku spoczął obowiązek przyprowadzania, opiekowania i zajmowania się mną do powrotu z pracy mojej mamy. Mój dziadek nie miał jeszcze tak bardzo dużo lat, ale był osoba upośledzoną ruchowo. Podczas pracy w kopalni w Austrii, uległ bardzo ciężkiemu wypadkowi. Miał poważnie uszkodzony kręgosłup. Nosił na plecach duży garb i prawą stopę stawiał tylko na palce. Ja szczęśliwa, że nie muszę już godzin popołudniowych spędzać u obcych ludzi, zaczęłam realizować moje wyprawy, o których już od dawna marzyłam.

 


Zaloguj się, by skomentować
Powrót na górę

Instytucje miejskie

Kultura

Polskie portale

INSTYTUCJE

Miasta różne

Follow Us