Menu
reklama

Opowiadanie pełne wzruszeń i dramatów - Anna Losyna - Loki guzy i siniaki


Cofnijmy się jeszcze o cztery lata. Jestem maleńkim zarodkiem, umieszczonym w błogiej kołysce łona wyścielonego łagodną ciemnością, senną kojącą ciszą i zbawiennym ciepłem mojej niespełna dwudziestoletniej mamy. Nie było by w tym nic dziwnego, gdyby nie to, że miejscem, w którym przebywała moja mama były tereny III Rzeszy.
?Mateńko kochana porwali Cię dziewczątkiem z domu rodzinnego i jak tę córę Jurandową przywieźli do miasta dalekiego. Zamknęli Cię w ogromnej fabrycznej studni, pośród której tylko maszyn serce dudni".
Urodziłam się 29 czerwca 1946 roku w małej wiosce w woj. krakowskim (ówczesnym). A tak mało brakowało abym urodziła się na terenach III Rzeszy albo w wagonie towarowym, którym to moi rodzice wracali do Polski z przymusowych robót. Moja mama i tata spotkali się i zapoznali pod koniec wojny w Niemczech. Mamusia miała niespełna 16 lat, gdy Niemcy zabrali ją z rodzinnej wsi nad Bugiem i wywieźli w głąb Niemiec. Pracowała w fabryce amunicji w Karlsruhe. Natomiast tatuś pracował u bauera niedaleko miasta Ulm. Ich drogi spotkały się podczas ewakuacji więźniów i pracowników fabryki, której dokonali Niemcy na skutek ofensywy wojsk amerykańskich. Poznali się i pokochali, a po zakończeniu wojny wzięli ślub.
?Kiedy Cię prowadzono pod lufami karabinów i gnano drogami pod gradem pocisków i pod bombami. Ty się modliłaś do Panny Najświętszej o cudowne ocalenie. I wysłuchała próśb Twoich matka wszystkich dzieci tej biednej umęczonej Ziemi. Okryła Cię płaszczem nocy, gdy leżałaś pośród stwardniałych bruzd. Doprowadziła Cie do dobrych ludzi i dała Ci strawę do ust".
Tam spotkałaś chłopaka młodego, jasnowłosego Polaka,Twojego męża przyszłego.
?Kiedy zaświeciła Wam jutrzenka swobody, węzłem małżeńskim połączeni, mogliście być znowu rozłączeni".
Tatuś z ciekawością spoglądał na transporty do Kanady. Zbyt dobrze pamiętał codzienną podkrakowską biedę. Zapisał się do tego transportu jednak na skutek próśb i błagań swojej młodziutkiej żony, która marzyła tylko o powrocie do rodzinnych swoich ukraińskich stron, zmienił decyzję i zapisał ich oboje, a dokładnie mówiąc troje (bo ja już byłam w drodze) do transportu zdążającego do Polski.
Mój tatuś dwudziestoletni chłopak, przywiózł młodziutką żonę do swojej rodzinnej wsi. Z opowiadań mamusi wiem, że była to bardzo biedna wioska i panował tam straszny głód. Mamusia i tatuś wynajmowali się do pracy u obcych ludzi, żeby dostać pożywienie. Nieraz dzielili się we dwoje tylko jednym jajkiem. A często pożywieniem mojej mamusi, która była w zaawansowanej ciąży, były tylko jabłka, które pozwolono jej zerwać z drzewa. Toteż nikt nie był zdziwiony, gdy urodziła dziecko malutkie, słabiutkie i całe we wrzodach. Wszyscy mówili że nie będę żyła i dlatego też po tygodniu mnie ochrzczono, aby nie zamknąć maleńkiej duszyczce drogi do nieba. Nie zapisano mnie w żadnym Urzędzie Stanu Cywilnego, bo po co marnować i pędzić konie do miasta - tak mówili, jak i to i tak przecież umrze. Ta data chrztu została mi wpisana za datę urodzenia. Moi bardzo młodzi rodzice starali się zrobić wszystko, by utrzymać mnie przy życiu. Nie było w wiosce lekarza, więc udali się do znachorki. A ona poradziła kąpać mnie w sianie i otrębach. Rodzice jej posłuchali. Po miesiącu się okazało że znachorka dobrze im poradziła. Wrzody na moim ciele zaczęły znikać.
?Malutka, słabiutka istotka. Lecz nie dla Ciebie, dla obcych i złych ludzi"
I ich malutka córeczka zaczęła przybierać na wadze. A ja teraz myślę, że moi rodzice nie wypełnili obowiązku wobec prawa państwowego i nie zapisali mnie w żadnym Urzędzie Stanu
Cywilnego, jednak oni wypełnili obowiązek wobec Boskiego Prawa. Taką zaledwie tygodniową, bardzo słabą i całą owrzodzoną istotkę, przynieśli do Bożej Świątyni.
?Ty mateńko tylko Ty jedna wierzyłaś że żyć będę i ze śmiercią o mnie walczyłaś. Płakałaś nad moją kołyską, łzami mnie obmyłaś nie raz i uleczyłaś?.
Rodzice poprosili dla niej o Sakrament Chrztu Świętego.
Gdy mnie ochrzczono stałam się Dzieckiem Bożym i otrzymałam łaskę i silę Ducha Świętego.
I stało się tak, że ta maleńka istotka, w której to ledwo tlił się płomyczek życia, wzmocniona siłą Ducha Świętego zaczęła wbrew przewidywaniom i sądom wszystkich mieszkańców wioski, wracać powoli do życia.
Moja mama jadąc z przymusowych robót w Niemczech, będąc ze mną w ciąży, bardzo się przeziębiła podróżując w towarowym wagonie.
I stąd  te wrzody na moim ciele. Znachorka zaleciła tą kąpiel w wodzie ze słomą i sianem. Ale ja wiem i głęboko wierzę, że to nie ta kąpiel w słomianej wodzie, lecz kąpiel w wodzie Chrztu Świętego i w łasce Ducha Świętego sprawiły, że powróciłam do życia.
Gdy mój stan zdrowia polepszył się, tatuś za namową swojego kuzyna, który wrócił z Ziem Odzyskanych i mówił, że tam można znaleźć pracę i mieszkanie, zdecydował się na wyjazd. Po niespełna trzech miesiącach wrócił i zabrał nas ze sobą, mówiąc, że znalazł zatrudnienie w chemicznej fabryce i ma mieszkanie. Późną jesienią rodzice wraz z trzymiesięczną córeczką przyjechali do małego miasteczka w województwie wrocławskim. Mamusia była zachwycona, gdy zobaczyła dwupokojowe mieszkanie z kuchnią i bieżącą wodą. Był nawet i gaz. Skończyła się bieda, głód i poniewierka u obcych ludzi. Przypominam sobie, że kiedyś oglądałam takie zdjęcie, na którym na leżance leży niemowlak, w białych śpioszkach, fika nóżkami, śmieje się i wyciąga rączki do przystrojonej świątecznie choinki. Na choince iskrzyły się świeczki, a na jej wierzchołku pięknie  błyszczała srebrna gwiazda. Tym niemowlakiem byłam ja. Jakże wielkie wrażenie musiał wywrzeć na dziecku ten widok i wzbudził u niego ogromny zachwyt, który ja odczuwam do dzisiaj. Gdy przymykam oczy, jestem w tamtym pokoju i widzę to iskrzące się drzewko. Z całą pewnością gdzieś obok siedzieli przytuleni do siebie moi rodzice i z zachwytem i miłością spoglądali na śmiejące się dziecko.
A moja mama na pewno mówiła do swojego męża: "Zobacz jaką mamy piękną i zdrową córeczkę. A twoi krewni mówili, że ona umrze".
Z cała pewnością nie kłócili się o nie. Tylko objęli się jeszcze mocniej, nasycając oczy tym pięknym widokiem i napawając swoje serca i duszę magią tej czarownej, jedynej i niepowtarzalnej chwili. Z zakamarków mojej pamięci wyłania się jeszcze jeden obraz, a właściwie sytuacja, zdarzenie.
Jestem trzymana przez moją mamę na rękach. Podchodzi do nas jakaś starsza, siwa kobieta i w pięknej miseczce z ażurowym wykończeniem po brzegach podaje mi truskawki. Głaska mnie po głowie i coś do mnie mówi, ale ja jej nie rozumiem, ponieważ mówi w jakimś dziwnym języku. Ta pani była Niemką, która  jeszcze nie wyjechała lub nie chciała wyjechać do Niemiec.

 

 

Mieszkaliśmy na skraju małego miasteczka w dużym trzyklatkowym, dwupiętrowym bloku z czerwonej cegły. Po drugiej stronie ulicy znajdowały się Zakłady Chemiczne ?Silesia". Ale za blokiem były ogródki działkowe, piękna łąka, boisko sportowe i las, który był miejscem moich dziecięcych wypraw. Niedaleko też rozpościerały się pola uprawne, ponieważ w odległości paru kilometrów znajdowała się nieduża wioska. W tej wiosce zamieszkali jacyś dalsi krewni mojego taty, do których chodziliśmy bardzo często w odwiedziny. Oni też nas odwiedzali ale już rzadziej, ponieważ chowali kury, kaczki, gęsi, indyki i trzodę chlewną, którą musieli się zajmować i karmić. Nasze mieszkanie znajdowało się na parterze. W kuchni nie było bieżącej wody, tylko w korytarzu znajdował się zlew z bieżącą wodą, z którego to korzystała również sąsiedzka rodzina. Ten zlew w korytarzu umieszczony był bardzo wysoko. Ja ,aby odkręcić  kurek, musiałam przynosić sobie z podwórka jakieś skrzynki lub pniaczki i stawać na nich nierzadko jeszcze na palcach . Jednak pomimo trudności, korzystałam z wody bardzo często i tamten zlew był dla mnie wybawieniem, ponieważ brudziłam się okropnie. Pisałam już wcześniej, że nie miałam jeszcze trzech lat, gdy zaprowadzono mnie do przedszkola. O jakże ja byłam nieszczęśliwa z tego powodu. Ale nie dlatego, żeby tam było brzydko i smutno.
O nie! W przedszkolu były piękne, przestronne sale o dużych oknach. Było dużo zabawek i innych atrakcji. Przedszkolanki były bardzo miłe. Otrzymywaliśmy trzy posiłki: śniadanie obiad i podwieczorek. Jedzenia było bardzo dużo i było bardzo smaczne. No chyba, że z wyjątkiem tej łychy tranu, który to dostawaliśmy przed obiadem. Ja byłam nieszczęśliwa z samego faktu chodzenia i przebywania pawie przez pół dnia w przedszkolu. Gdy ja byłam w przedszkolu i musiałam być grzeczną, ładną i wystrojoną jak laleczka, przez moją mamę dziewczynką, to w tym czasie moje koleżanki i koledzy, których mamy nie pracowały, hasali sobie swobodnie po podwórku. Moja mama bardzo chciała, abym wyglądała jak ta laleczka. Dzisiaj by się powiedziało ?jak ta Barbi?.
Mamusia bardzo się starała o to aby tak było. Miałam zawsze pokręcone włosy, takie duże złociste loki (flaszki). Ubierała mnie w piękne sukieneczki z falbaneczkami, zakładkami, kokardkami, cekinami, koroneczkami i innymi ozdóbkami. Biedna ta moja mamusia, myślała, że ma jasnowłosego małego aniołeczka, a w rzeczywistości miała małego diabełka z anielską twarzyczką. Jakże ja byłam nieszczęśliwa z powodu tego mojego wyglądu. Mnie się marzyły proste, rozpuszczone włosy, może  przewiązane jakąś tasiemką, a nie wielkie sterczące kokardy, które też bardzo często gościły na mojej głowie. Chciałam, żeby ubierała mnie w prostą  bluzeczkę, zapinaną na guziczki lub zatrzaski, którą łatwo można było by rozpinać i w spódniczkę na gumce. Ale moim największym pragnieniem, a w tamtych czasach można by rzec, marzeniem, to były spodnie.
Z wielką zazdrością patrzyłam na moich kolegów z podwórka. Takie spodnie nie krępowały by moich ruchów, podczas moich przeróżnych wyczynów to jest turlania się z górki, spinania na drzewa, płoty, mury, parkany, a także zjeżdżania po poręczach schodów i wchodzenia do różnych rowów i jam. Oj, gdybym miała babcię, ciocię lub jakąś inną znajomą panią, to bym ją tak długo bardzo prosiła , aby wreszcie zgodziła się uszyć mi te moje wymarzone spodnie. Ale nie miałam nikogo takiego i posiadanie spodni pozostało w sferze moich dziecięcych marzeń. Przyrzekłam sobie , że gdy dorosnę, to nauczę się szyć, zostanę krawcową i będę szyła spodnie dla dziewczynek. One będą miały ozdoby i jak to by się dzisiaj mówiło, różne ?bajery".
Pierwsze spodnie uszyto mi gdy miałam 7 lat i mieszkałam już na Śląsku. Loki na mojej głowie nigdy nie utrzymywały się długo. Dokładałam wiele starań aby się ich pozbyć. Zaraz po wyjściu na podwórko specjalnie bardzo mocno trzepałam głowa lub przeciskałam się przez różne krzaki i zarośla, a gdy to nie pomagało, szłam do korytarza, spinałam się do zlewu, odkręcałam kran i polewałam głowę zimną wodą. Temu zabiegowi loki już nie sprostały, musiały się rozkręcić, a ja szczęśliwa, że mam już proste włosy, mogłam hasać swobodnie po podwórku. Również smutny i krótki był żywot moich pięknych sukieneczek. W tym samym dniu, w którym zostałam w nie wystrojona, obok ich kropeczek, groszków i kwiatuszków pojawiało się bardzo dużo tłustych lub jakichś kolorowych plam. Zakładeczki, falbaneczki były oderwane, a kokardki pogubione lub co gorsza w sukieneczkach były ogromne dziury, bo nieraz zawisłam na płocie lub przeciskałam  się przez jakieś kolczaste druty.


Zaloguj się, by skomentować
Powrót na górę

Instytucje miejskie

Kultura

Polskie portale

INSTYTUCJE

Miasta różne

Follow Us