Menu
reklama

Za Bug i za Bugiem - wspomnienia Danuty Wiśniewskiej

 

Po tym naszym pierwszym wyjeździe z Polski w bardzo krótkim czasie nastąpił drugi wyjazd, ponieważ mama podjęła starania o uzyskanie zezwolenia na ponowne odwiedziny u rodziny na Ukrainie, z powodu powrotu ze Sybiru jej mamy, a mojej babci. Mimo że panowała tam bieda i niedostatek, to nie powiem, żeby ci ludzie żyli w przygnębieniu i byli ponurakami.
Często słyszałam śmiech, śpiew i widziałam jak żartowali. Życie miało swoje prawa i młodzi ludzie spotykali się ze sobą. Dziewczęta chodziły z chłopakami, a później łączyli się w pary i zawierali małżeństwa.
Potem wyprawiano wesela. Wesele to było wielkie wydarzenie w życiu całej wsi. Mówię ?całej?, bo w zorganizowaniu i przygotowaniu takiego wesela uczestniczyli prawie wszyscy mieszkańcy .
Pomagali nie tylko krewni, lecz i całkiem obcy ludzie, przynosząc produkty żywnościowe, a przede wszystkim mięso lub w jakiś Inny sposób starali się pomóc. Każdy gość obowiązkowo przynosił na wesele placek. Wesela były bardzo liczne. Bawiono się oddzielnie. Goście pani młodej w domu jej rodziców, a goście pana młodego w domu Jego rodziców. Dopiero na wieczór pan młody przychodził po żonę i zabierał wraz z nią wszystkich jej gości do swojego weselnego domu. I bawiono się dalej.
Nas też zapraszano na takie wesela. Przychodzili nas prosić państwo młodzi.Szliśmy z ochotą. Byliśmy zawsze miło przyjmowani. Odnoszono się do nas bardzo serdecznie i sadzano nas na honorowym miejscu, przy stole, razem z młodymi. A potem wszyscy, którzy urządzali wesele uważali sobie za zaszczyt gościć w swoim domu, przyjezdnych z ?Polszczi".
Byłam zachwycona ich śpiewaniem na głosy, a przede wszystkim podobały mi się ich przekomarzanki. Sczególnie przed wyruszeniem do cerkwi. Pana młodego kosztowało to zawsze dużo czasu, pieniędzy i wódki, zanim oddano mu narzeczoną. Niektórzy żartowali, mówiąc, że dają mu czas, aby ewentualnie mógł się jeszcze rozmyślić. Jednak nie pamiętam i nie słyszałam, aby takie coś się wydarzyło kiedykolwiek. Widziałam, jak podczas ślubu w cerkwi wkładano na głowy młodych złote korony. Ile to ja się wytańcowałam na tych weselach. Dla mnie to były bardzo przyjemne przeżycia i dawniej mi całkiem nieznane, ponieważ mama w Polsce nie miała bliskiej rodziny, za wyjątkiem dalszej kuzynki, która z rodziną mieszkała na Ziemiach Zachodnich. Z rodziną taty utrzymywaliśmy luźne stosunki i spotkania z nią były bardzo sporadyczne. Spowodowane to było, jak się teraz tego domyślam tym, że oni nie mogli tacie darować tego, że w Niemczech ożenił się z Ukrainką i przywiózł ją do Polski.
Potańcówki odbywały się również i w klubie, którego pomieszczenie raz w tygodniu zamieniało się w salę kinową. Przyjeżdżało do wioski kino objazdowe. Później mój najstarszy kuzyn przyuczył się i sam przywoził i wyświetlał filmy. Klub prowadziła młoda Ukrainka, pochodząca z tej Wschodniej Ukrainy. Skończyła pedagogiczną uczelnię i jak wiele jej podobnych takich dziewcząt i chłopców, odbywała tam ta k zwaną praktykę studencką, będąc na stażu. Mieszkała u mojej cioci i bardzo się z nią zaprzyjaźniłam. To była bardzo sympatyczna, młoda dziewczyna. Pamiętam, że na imię miała Tamara. Nauczyłam ją śpiewać piosenkę ?Cicha woda?. A ona bardzo była zdziwiona, że ja znam piosenkę "Suliko.
Jakże te potańcówki różniły się od współczesnych dyskotek. Wtenczas nie było tam magnetofonów, ani nawet adapterów. Do tańca przygrywała wioskowa kapela, składająca się z muzykantów, grających na akordeonie, trąbce, klarnecie i gitarze. Tam to, po raz pierwszy usłyszałam dwa piękne, nieznane mi wcześniej walce ?Na wzgórzach Mandżurii"
(H? ?????? ??????????) i ?Fale Amuru" (???????? ?????). To właśnie z towarzyszeniem tych melodii, rodziło się moje pierwsze dziewczęce uczucie, które z dawnej dziecięcej przyjaźni przerodziło się w miłość.

Nie, to nie łódeczka, to moje serce. A w nim jesteś Ty.
Nie pochłonęły Cię, żywioły mojego oceanu zapomnienia.
Żeglujesz po nim wytrwale Tak dawno Cię nie widziałam.
Nic o Tobie nie wiem.

Zaprzyjaźniłam się jeszcze z jednym młodym chłopakiem, ale była to tylko znajomość listowna. On służył w wojsku razem z moim kuzynem na Kaukazie. Pochodził z Kabardino-Bałgarskoj Republiki. To u niego szukałam pomocy w odmianie przez przypadki niektórych ciekawych rzeczowników, w języku rosyjskim.

Chciałabym, podzielić się jeszcze jednym spostrzeżeniem. Zdziwiło mnie bardzo, gdy do wnuczka mojej cioci, który był niemowlakiem, codziennie na wieczór przychodziła lekarka z pielęgniarką. A wiedziałam, że dziecko było zdrowe. Gdy spytałam ciocię, dlaczego tak jest, usłyszałam w odpowiedzi, że u nich każda lekarka ma obowiązek opieki nad nowonarodzonym dzieckiem, aż do ukończenia przez niego, pierwszego roku życia. A gdyby jakieś dziecko, nie daj Boże, umarło, a udowodniono by, że to się stało z jej winy i niedopatrzenia, to groziło by jej za to więzienie.

W początkowych dniach, mojego pobytu na Ukrainie mało co rozumiałam, z tego, co do mnie mówiono. Szybko jednak zorientowałam się, że w języku ukraińskim, końcówce ?ty" odpowiada nasza bezokolicznikowa końcówka ?ć", a często w ich wyrazach nasze ?g" jest zastępowane przez ich ?h". Skoro był to język słowiański, to rdzeń poszczególnych wyrazów, nie różnił się od rdzenia naszego, w języku polskim. Coraz więcej rozumiałam. Ba, próbowałam nawet i mówić, chociaż żadnym sposobem nie udało mi się wymówić tego ich bezdźwięcznego ?h", nie wspominając już
o prawidłowym akcentowaniu. Ale co się tyczy akcentu, to jest on bardzo szczególny i trudny. Nawet mojej mamie, która mieszkała tam szesnaście lat, po czternastoletnim pobycie w Polsce, gdzie nie miała sposobności mówienia tym językiem, sprawiał on wtenczas trudność. Ciocia jej siostra, śmiała się z niej i prosiła, żeby raczej już mówiła po polsku, a nie wymawiała słów ukraińskich tak śmiesznie i niepoprawnie akcentując.

Na przestrzeni lat od 1956 r. do 1980 r. odbyłam kilka podróży "Za Bug". Te następne od tej pierwszej zbytnio się nie różniły, jeśli chodzi o przygotowania do nich. Nadal było dużo zamieszania przy zakupie towarów, ale były już one bardziej sprecyzowane, ponieważ realizowaliśmy, złożone  zamówienia przez poszczególnych członków rodziny, mieszkających na Ukrainie. Różnica była w załatwianiu dokumentów. Dokumenty wyjazdowe (paszporty) załatwiane były już nie w Warszawie, w ambasadzie, ale w Krakowie, w konsulacie ZSRR.
I trasa podróży była o wiele  krótsza, bo jechaliśmy już nie na Brześć, ale na Przemyśl, a graniczną stacją były Mościska. W 1980 r. nie wyrabialiśmy już paszportów, lecz jechaliśmy na dowody osobiste.
Z tych podróży zachowałam dwa przykre wspomnienia. Jedno to, gdy po przekroczeniu granicy do wagonu wsiadł wiekowy sklerotyczny staruszek i jak się potem okazało, podczas kontroli przeprowadzonej, przez rosyjską konduktorkę, nie posiadał biletu i został przez nią na następnej stacji, zepchnięty ze schodów wagonu.
Postępowanie konduktorki, wywołało oburzenie, ze strony jednego polskiego pasażera. On już zamierzał zainterweniować i wystąpić w jego obronie, ale widziałam jak został powstrzymany przez młodego Ukraińca, który mu powiedział, żeby nie robił tego i się nie narażał, bo może mieć duże kłopoty i nieprzyjemności.
Drugie zdarzenie związane było z kontrolą deklaracji wyjazdowych i wjazdowych. Z powodu niedopatrzenia ze strony rosyjskiego celnika, pomiędzy naszą deklaracją wyjazdową z Polski, a powrotną z ZSRR, były jakieś nieścisłości, i wymagało to sprawdzenia, porównania.
W tym celu zostaliśmy wysadzeni z pociągu, W Mostiskach, w komorze celnej czekaliśmy na sprawdzenie, porównanie; Wtenczas widziałam, jak byli tam traktowani obywatele radzieccy. Byłam świadkiem, jak takiej prostej kobiecinie, która nie miała walizki, tylko duży worek, uszyty z lnianego prześcieradła, rosyjska celniczka wysypała całą jego zawartość na podłogę. Uczyniła to z wielkim rozmachem, rozsypując rzeczy po całym pomieszczeniu, krzycząc przy tym i poszturchując przerażoną kobiecinę. Zrobiło mi się jej żal i po kontroli pomogłam jej zbierać rozrzucone rzeczy, czując na sobie pełne wzgardy i złości, spojrzenle celniczki. Po sprawdzeniu deklaracji wprawdzie przeproszono nas za niedopatrzenie ze strony ich urzędnika, lecz cóż z tego, jak odszedł nam pociąg i musieliśmy czekać do następnego dnia. a nie mieliśmy już rubli, aby kupić sobie coś do zjedzenia...


Zaloguj się, by skomentować
Powrót na górę

Instytucje miejskie

Kultura

Polskie portale

INSTYTUCJE

Miasta różne

Follow Us