Menu
reklama

Za Bug i za Bugiem - wspomnienia Danuty Wiśniewskiej

 

 

 

Podczas mojej pierwszej bytności, w rodzinnej wiosce mojej mamy nie udało mi się oglądnąć cerkwi, o której mi ona tak dużo opowiadała, nieraz porównując naszą mszę ze służbą bożą, to jest odpowiednik mszy, w obrządku greko - katolickim. Teraz, kiedy ona jest na emeryturze, a ja na rencie inwalidzkiej, często podczas naszych spotkań, śpiewa mi pieśni cerkiewne, porównujemy je z naszymi kościelnymi i próbuję niektóre z nich tłumaczyć. Swoje ostatnie odwiedziny na Ukrainie w 1986 roku wspomina z wielkim smutkiem i żalem, ponieważ nie mogła wejść do cerkwi, bo była zamknięta. W przedsionku naprzeciw wejściowych drzwi umieszczono obraz Serca Pana Jezusa. Spoglądała przez dziurkę od klucza i często stojąc za zamkniętymi drzwiami, za którymi znajdował się obraz, modliła się.

 Ukryto przed Tobą carskie wrota.
Lecz na spotkanie wyszed
ł Ci samotny Chrystus.
Po
łączył Was wspólny los i niedola.
Los biednych wygna
ńców.

W 1956 roku cerkiew była zamknięta i nie wolno w niej było odprawiać służby Bożej. Bardzo ładna jest ta, mająca ponad 70 lat cerkiewka. Zbudowana jest z drewna i wnętrze też jest wyłożone drewnianą mozaiką. Jednak największe wrażenie wywarły na mnie carskie wrota, które zamykają ołtarz. One również są zrobione z drewna i pięknie rzeźbione. Wykonał je jeden bardzo zdolny mieszkaniec wioski.

W 1968 roku uczestniczyłam w nabożeństwie cerkiewnym, które trwało ponad dwie godziny i z wielką powagą żegnałam się trzy razy. Na drugim krańcu wioski, na skrzyżowaniu dróg, postawiono w 1939 roku kościół. Jednak teraz nie pozostał po nim ani ślad. Podzielił on wspólny, straszny los wszystkich kościołów na Ukrainie.

Widziałam tam niejeden zabytkowy kościół zamieniony na magazyn zboża lub desek.

Zbezczeszczono i sprofanowano ich cerkwie i świątynie.

W tych murach składowano deski i trzymano świnie. Podczas mojej wizyty w niedzielne przedpołudnie w jednym z domów w tej wiosce, spostrzegłam klęczącą staruszkę przed radioodbiornikiem, przez który to, jak się później dowiedziałam, była nadawana służba Boża" z Watykanu w języku ukraińskim.

 Gdy wygnano Cię Boże z Twojego domto zamieszkałeś

 w ludzkich sercach skrycie, cicho, po kryjomu.

I w nich przetrwałeś przez długie, długie lata,

a teraz w podzięce ich spracowana, starcza dłoń

wieniec wdzięczności Ci splata.

I głośne modły płyną do Ciebie Panie i gorąca prośba

Byś nigdy więcej nie odszedł od nich na wygnanie.

Chciałabym teraz napisać o rzece Bug, jawiącej się we wspomnieniach mamy, jako zakątek tajemniczego piękna - pachnący świeżym, zdrowym, powietrzem i czystą wodą. Taką to ona była w jej wspomnieniach, ale rzeczywistość zgotowała mi wielkie rozczarowanie.

Dom, w którym zamieszkaliśmy stał nad rzeką na stromym wzniesieniu. Tak samo jak i cała wioska. Do rzeki prowadziła kręta ścieżka. Po jej obu stronach rosły krzaki, wysokie trawy i zarośla. W miarę, jak schodziłam coraz to niżej, nadsłuchiwałam, czy nie usłyszę plusku wody.

Nadaremnie - nic podobnego nie dotarło do moich uszu. Nagle, ścieżka się wyprostowała, a zarośla się przerzedziły.

I wreszcie zobaczyłam rzekę. Zobaczyłam, to jest za mało powiedziane. Ja ją przede wszystkim poczułam. Do moich nozdrzy, wtargnął bardzo nieprzyjemny zapach, jakby ropy lub jakiegoś lakieru. Zbliżałam się do brzegu.

Ale czego? Szerokiego kanału, rynsztoka. W każdym bądź razie to, co płynęło w korycie, trudno było nazwać wodą. To była bura, wstrętna, lepka, tłusta i śmierdząca maź. Po bokach koryta, na szerokości dziesięciu metrów nie było trawy, tylko czarne bagno. Na wodzie nie pływały gęsi ani kaczki, a wieczorami na próżno wytężałam słuch, czy aby nie usłyszę kumkania żab. Rzeka była martwa. Później dowiedziałam się, że rzekę zatruła i nadal truje pobliska cukrownia.

Mimo, że nad rzeką śmierdziało, była ona miejscem zabaw dla dzieci. Przychodziłam tam razem z moją kuzynką bielić płótna. A grałyśmy w kamyczki. Na drugim brzegu nie było wzniesienia, tylko olbrzymia równina, pokryta bujną trawą. A w daliT po lewej stronie, rozciągał się, czarny las, a po prawej widoczne były dachy domów, dalekiej wioski.

 Rzeka wiła się zakolami, a widok był bardzo malowniczy. Ale gdy spoglądałam na tę łąkę, to ogarniał mnie smutek, ponieważ z opowieści mamy i wujka wiedziałam, że na tej łące pod lasem, został zastrzelony, przez Rosjan, średni, dwudziestoletni brat mamy. Leżał na drugim brzegu rzeki, a jakże był daleki.

Moi kuzyni, którzy byli moimi rówieśnikami, tak samo jak i ich rówieśnicy z wioski, musieli po południu, gnać krowy,na dalekie pastwiska. Rano krowy wypędzali przeważnie dziadkowie, rzadko stare babcie, bo do ich obowiązków, należało, niańczenie wnucząt. Ci starzy, często zniedołężniali ludzie, nie mieli żadnych środków utrzymania. Nie pobierali żadnych rent, ani zapomóg. Byli zdani wyłącznie na łaskę swoich dorosłych dzieci.

Kołchoźnicy w swoich zagrodach mieli tylko krowy i trzodę chlewną. Chowali również kury, kaczki i gęsi. Konie posiadali tylko nieliczni. Rano wioska wyglądała, jakby wymarła, bo wszyscy szli do pracy, na kołchozowe pola. Kobiety miały wyznaczone swoje ?dilanki? buraków lnu, a mężczyźni, pracowali przy żniwach lub sianokosach. Kołchoz mieścił się w zabudowaniach majątku dawnego właściciela ziemskiego, który obecnie mieszkał w Polsce. Mój wujek, kiedy przyjechał do nas, odwiedzał go.

Bardzo lubiłam chodzić z moimi kuzynami, na pastwiska, paść krowy. Właściwie, to oni mnie wykorzystywali, bo kazali mi je pilnować oganiać od bąków, a sami grali w nożyk. Ale za to w powrotnej drodze pozwalali mi jechać na koniu. I właśnie pewnego razu, kiedy wracaliśmy z pastwiska, usłyszeliśmy, szum motoru. Ale to nie był warkot ciężarowego samochodu. To była taksówka z miasta. Droga tam była bardzo piaszczysta i trudno przejezdna, taksówka ugrzęzła w piachu. Wtenczas wysiadł z niej kierowca, a ja podjechałam bliżej i spojrzałam na pasażera. Moje zdziwienie, nie miało granic. Zobaczyłam, jakby swoją mamę, ale w męskim Wydaniu. Domyśliłam się, że to jest brat mamy, który był na Sybirze. Mój kuzyn wskoczył do mnie na konia i pogalopowaliśmy, do wioski aby powiadomić rodzinę, o przyjeździe wujka. Jeszcze raz byłam świadkiem powitania, skropionego, obficie łzami. Usłyszałam głośny szloch. Jednak tym razem nie mnie starano się zadusić uściskami, ale mojego biednego wujka. Wujek przyjechał na Ukrainę do rodziny, żeby znaleźć sobie żonę. On mieszkał w Magadanie i tam miał dziewczynę, bardzo ładną - pokazywał nam jej fotografię, ale nie chciał się żenić z Rosjanką. Ożenił się z nauczycielką która uczyła w szkole, do której on uczęszczał, przed zesłaniem. Dziewczyna pochodziła z Wołynia. Ja przez trzy dni płakałam, żeby mama pozwoliła mi jechać z wujkiem na jego wesele, na ten Wołyń.
Nam nie wolno było jechać
do innego województwa, ale po naradzie wszyscy doszli do wniosku, że chyba dziecku to nic nie grozi - i zezwolono mi jechać. Mimo to byłam bardzo przestraszona i nie chciałam wyglądać przez okno w pociągu, aby mnie nie zobaczył jakiś milicjant. Podróż minęła szczęśliwie. A mnie rozpierała duma z powodu, że to właśnie ja, jedyna z całej rodziny, będę uczestniczyć w tej ważnej uroczystości.

 Po powrocie wszystkim opowiadałam o tym pięknym weselu.

 Wracając, z powodu opóźnienia pociągu, spóźniliśmy się na ślub mojej najstarszej kuzynki.


Skomentuj

Teksty i fotografie opublikowane w portalu stanowią własność intelektualną ich autorów. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Napisz komentarz. Treść komentarza powinna być związana z tematem artykułu.
Nie będą publikowane:
- Komentarze naruszające netykietę, oraz promujące komercyjne strony, produkty itp.
- Komentarze obraźliwe, bądź nie wnoszące nic do dyskusji.
- Komentarze propagujące nienawiść, rasizm, nietolerancję wobec poglądów, przekonań i wyznań
Redakcja nie odpowiada za treść komentarzy umieszczanych przez użytkowników i gości serwisu. Odpowiedzialność za treść postów ponosi wyłącznie ich autor. Komentarze nie są materiałem prasowym w rozumieniu prawa prasowego.

Powrót na górę

Instytucje miejskie

Kultura

Polskie portale

INSTYTUCJE

Miasta różne

Follow Us