Menu
reklama

Za Bug i za Bugiem - wspomnienia Danuty Wiśniewskiej

Wujek wyjechał po nas furą. Wtedy, jeszcze tam nie kursowały autobusy. Pamiętam, że mnie, takiego półtrupka, ułożono na workach wypełnionych słomą. Prawie cały czas, jechaliśmy, przez gęsty las i ja, wdychając to żywiczne powietrze, pomału zaczęłam dochodzić do siebie. Tak że gdy wjeżdżaliśmy do wioski, to już nie leżałam, tylko siedziałam, mocno podtrzymywana przez wujka. Siedząc na wozie zauważyłam, że mijający nas ludzie przystawali i przyglądali się nam z wielkim zainteresowaniem, a wskazując na mamę coś mówili między sobą. Przyjechaliśmy do domu, w którym urodziła się moja mama. Była to typowa wiejska, drewniana chata, pokryta strzechą. Dom składał się z kuchni i pokoju gościnnego, oraz z dwóch ganeczków - jeden z przodu, a drugi z tyłu domu. Sporą część kuchni zajmował wysoki, obielony chlebowy piec. Nie było podłogi, tylko gliniane klepisko.

W pokoju gościnnym była podłoga z szerokich, żółtych desek. Pięknie pachniało drzewem. Na ścianie wisiała ikona, przedstawiająca walkę świętego Jerzego ze smokiem. Boki obrazu przyozdobione były serwetą wyszywaną czerwono czarnymi krzyżykami. Pod ścianami stały dwa drewniane łóżka z olbrzymimi poduchami, a pod oknem, pomiędzy łóżkami stała olbrzymia skrzynia, służąca za stół, przykryta białą serwetą.

Przy drzwiach wisiała lampa naftowa, bo wioska nie była jeszcze zelektryfikowana.

W pokoju panował półmrok z powodu małych okienek. U wujka zgromadzili się wszyscy członkowie rodziny. Gdy weszliśmy na podwórko rozległ się głośny płacz, szlochanie. Płakali wszyscy bez wyjątku: kobiety, mężczyźni i dzieci. Byłam tym bardzo zaskoczona i z początku nie wiedziałam o co chodzi.

Rozglądałam się wokoło, przyglądając się wszystkim, a oni płakali. Po chwili poczułam dławienie w gardle i sama już nie mogłam powstrzymać łez. A potem zaczęło się powitanie. Wtenczas to, po raz pierwszy zobaczyłam i przekonałam się, że to, co słyszałam o wylewności, szczerości i spontaniczności w wyrażaniu uczuć przez ludzi ze Wschodu, nie jest wcale żadną przesadą i całkowicie odpowiada prawdzie.

Myślałam, że tym uściskom i pocałunkom nie będzie już końca. Wydawało mi się, że chyba mnie zaduszą.

Z pomocą przyszedł mi wujek, biorąc mnie na ręce. Minęło już czterdzieści jeden lat i przez ten okres jeszcze kilka razy przyjeżdżałam na Ukrainę. Początkowo z rodzicami, później sama i w końcu ze swoimi dziećmi. Ale nigdy nie zapomnę tego, jakie wrażenie wywarło na mnie to moje pierwsze spotkanie z tamtymi ludźmi i z ich życiem. To był dla mnie szok. Z taką biedą nędzą ubóstwem i życiem w warunkach, urągających wszelkim normom przepisów sanitarnych nie spotkałam się jeszcze nigdy w tym moim młodym życiu.

Chyba tylko na kartach powieści Dickensa, Prusa, Żeromskiego, lub w wierszach Marii Konopnickiej.

To właśnie tam zobaczyłam jak wygląda czarny gliniasty, kwaśny chleb.

Nie tylko zobaczyłam, ale musiałam go jeść, ponieważ kawałeczki pszennych kołaczy, które przynosili całkiem obcy ludzie, były przeznaczone dla mojego małego braciszka. Oni przynosili też i jajka, masło, niektórzy miód, żeby, jak mówili, ?dity z Polszczi mały szto jisty". Nie było tam w zwyczaju picie herbaty ani kawy, tylko mleko.

Wprawdzie ciocia chcąc mi sprawić przyjemność zdobyła gdzieś herbatę, ale z powodu braku czajniczka i czajnika, zaparzała ją w zwykłym garnku, w którym z pewnością wcześniej gotowała coś innego i ta herbata miała jakiś inny smak. Początkowo mi ona strasznie nie smakowała, ale po jakimś czasie już się do niej przyzwyczaiłam.

Ich podstawowym pożywieniem były ziemniaki, ruskie pierogi - z ziemniakami i ze serem i barszcz ukraiński. Mięsa prawie że nie jadali, tylko od wielkiego święta, na Prazdnyk (odpowiednik naszego odpustu), lub na weselach, ale było ono bardzo słone, ponieważ konserwowali je solą, wkładali do beczek, a beczki umieszczali w podziemnych loszkach. Barszczu ukraińskiego z kiszonych buraków też nie mogłam jeść, gdyż przyrządzali go na tym słonym mięsie. Moja mama, nie mogła sobie tego darować, że nie zabraliśmy z Polski, żadnych produktów żywnościowych, choćby w postaci konserw. Ona myślała, że będzie można coś kupić w sklepie. Ale w maleńkim wiejskim sklepiku, oprócz chleba, który też był reglamentowany, wódki, papierosów i kwaśnych cukierków, niczego więcej nie było. Gdy wspominam tą moją pierwszą wizytę na Ukrainie, to zawsze widzę ten mroczny pokój w domu wujka i moją mamę, stojącą z wujkiem na środku pokoju, w otoczeniu wiejskich kobiet A ja siedziałam cichutko w kąciku na małym stołeczku i przyglądałam się tym kobietom. Czułam wielki ciężar na sercu i coś ściskało mnie za gardło, bo były to pożałowania godne istoty. Biedne, wynędzniałe, wychudłe kołchoźnice, poubierane w długie spódnice, uszyte z bardzo podłego, jakiegoś szarego materiału i bluzki w takim samym kolorze, z długim rękawem, pozapinane pod szyją na głowach miały chustki nasunięte głęboko na czoło.

Wszystkie były boso, a ich skóra na stopach była zgrubiała i popękana

Ich dłonie i palce były czerwone, spierzchnięte i bardziej przypominały szpony ptaka, niż ludzkie ręce. Jeśli któraś miała podwinięte rękawy, to mogłam zauważyć na jej przedramieniu grube żyły. Twarze ich były zbrązowiałe od słońca, poorane zmarszczkami, a wiele z nich, miało chrosty i pryszcze.

Każda z nich, jak wchodziła, wymawiała takie zdanie: ?Sława Isusu Christu?, a zgromadzeni odpowiadali ?Sława na wiki". Później przekonałam się, że tymi słowami zwracali się do siebie wszyscy przy spotkaniu na ulicy, lub gdy przychodzili do czyjegoś domu. Nie mówili dzień dobry, ani dobry wieczór, tylko najpierw chwalili i pozdrawiali Boga. Z rozrzewnieniem patrzyłam, jak uśmiechały się ich twarze i błyszczały oczy, gdy mama pokazywała im materiały na sukienki i spódnice. Brały je w swoje szorstkie dłonie, głaskały delikatnie, bardzo uważając, aby nie zaciągnąć nitek.

Śmiały się przy tym głośno i żartowały. Wiele z nich, witało się z moją mamą ściskając ją i całując. Wujek, który umiał trochę mówić po polsku, bo jako dziecko chodził jeszcze do polskiej szkoły, powiedział mi, że to są jej koleżanki.

A ja, żadną miarą nie mogłam pojąć tego, dlaczego moja mama miała tylko starsze od siebie koleżanki, a nie przyjaźniła się ze swoimi rówieśnicami. Sprawa wyjaśniła się dość szybko, a przyczynił się do tego mój mały braciszek, który nigdy nie lubił kobiet w chustkach, i teraz też kazał wujkowi brać pasa i bić te kobiety, żądając, aby pozdejmowały swoje chustki.

I gdy to uczyniły, wtenczas zobaczyłam, że pod tymi chustkami kryły się głowy pokryte pięknymi przeważnie kruczoczarnymi włosami, takimi samymi, jakie miała moja mama. Zrozumiałam, że to były młode kobiety, Jej rówieśnice.

Patrzyłam na nie i porównywałam z moją mamą. Łzy mi się cisnęły do oczu i myślałam o tym, jaka to ja byłam głupia, że brałam je za kobiety czterdziestoparoletnie, a one miały trzydzieści lub nawet i mniej lat. Teraz rozumiem, dlaczego młodzi, polscy żołnierze, którzy wyzwalali obozy koncentracyjne na terenie Niemiec, nie mogli pogodzić się z tym, że te więźniarki, stare kobiety, to były ich rówieśnice - dziewczyny z Powstania Warszawskiego. Co oni wtenczas czuli. Jaki to straszny gniew i żądzę zemsty wzbudziło to w ich sercach.

Ja odczuwałam to samo. W krótkim czasie, bo już na drugi dzień po przyjeździe przekonałam się, że taką samą żądzą zemsty pałał nawet i ten mój mały braciszek, ale zupełnie z innych powodów. Do dwudziestu czterech godzin po przyjeździe, musieliśmy się zameldować w biurze paszportowym i oddać swoje paszporty. W tym celu należało pojechać do miasta. Ja i mój braciszek ucieszyliśmy się, że znowu pojedziemy na furze.

W urzędach państwowych napisy były dwujęzyczne. U góry w języku rosyjskim, a pod spodem w języku ukraińskim. Dzieci w szkole, już od pierwszej klasy uczyły się dwóch języków. A od piątej klasy było nauczanie języka angielskiego lub niemieckiego, i kontynuowane w szkole średniej, tak zwanej dziesięciolatce.

Języka łacińskiego uczono dopiero na wyższych uczelniach. W biurze paszportowym, rosyjski urzędnik, pogładził mojego braciszka po głowie, a wtenczas ten zaczął krzyczeć. Nie lubię was, bo wyście moją babcię i wujka, wysłali na Sybir. Przylecę samolotem i zrzucę na was bombę. Dziecko mówiło bardzo szybko i Rosjanin zrozumiał tylko bomba. Więc zwrócił się z pytaniem do maszynistki, która znała język polski, co mówi ten chłopczyk?

Wujek robił się raz blady, raz żółty i z przerażeniem patrzył na nią. On z nas najlepiej wiedział czym to groziło, gdyby ona dokładnie przetłumaczyła słowa braciszka.

Ale ona na szczęście nie okazała się szują i odpowiedziała, że dziecko nie lubi, jak go ktoś obcy dotyka i że chce bombona - tak mówiono na cukierki. Rosjanin trochę się zdziwił, ale już więcej się o nic nie dopytywał.

Tam też, poinformowano nas, że nie wolno nam zmieniać miejsca pobytu i wolno tylko poruszać się w obrębie tego województwa. Podczas naszego pobytu kilkakrotnie przychodził milicjant i sprawdzał, czy wszyscy jesteśmy w domu.

Poczułam się więźniem. Nie tak sobie wyobrażałam pobyt u naszych przyjaciół. Po tym incydencie w biurze paszportowym wujek i rodzice nigdy więcej nie rozmawiali o poważnych sprawach w obecności dziecka.


Skomentuj

Teksty i fotografie opublikowane w portalu stanowią własność intelektualną ich autorów. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Napisz komentarz. Treść komentarza powinna być związana z tematem artykułu.
Nie będą publikowane:
- Komentarze naruszające netykietę, oraz promujące komercyjne strony, produkty itp.
- Komentarze obraźliwe, bądź nie wnoszące nic do dyskusji.
- Komentarze propagujące nienawiść, rasizm, nietolerancję wobec poglądów, przekonań i wyznań
Redakcja nie odpowiada za treść komentarzy umieszczanych przez użytkowników i gości serwisu. Odpowiedzialność za treść postów ponosi wyłącznie ich autor. Komentarze nie są materiałem prasowym w rozumieniu prawa prasowego.

Powrót na górę

Instytucje miejskie

Kultura

Polskie portale

INSTYTUCJE

Miasta różne

Follow Us